Nad czy pod Niagarą?

Wodospady Niagara to jedno z takich miejsc, gdzie trzeba pojechać nawet jak wszyscy mówią że nie warto!

Zawsze chciałam zobaczyć wielkie wodospady jak Niagara i Iguazu. Wydawały mi się kwintesencją potęgi rzek. A jednocześnie oba stanowią nietypowe granice między krajami, co tu dużo mówić, równie burzliwie powiązanymi jak sam obiekt przyrodniczy ;) Dlatego nie docierały do mnie tłumaczenia, że Niagara to komercja, wesołe miasteczko i casino na wodzie. To znaczy właściwie docierały, ale nie zniechęcały. Widziałam w końcu Kravice, żaden tłum mnie już nie zdziwi…

Podczas planowania obecnego pobytu w USA raczej staraliśmy się opóźnić wyjazd nad Niagarę tak, aby tam całkowicie nie zamarznąć niż z niego rezygnować. Różnica temperatur między Buffalo a Nowym Jorkiem niezmiennie pokazywała 20 stopni różnicy, dlatego ostatecznie się poddaliśmy i pojechaliśmy zmarznąć ostatni raz w tym sezonie.

Na miejscu okazało się, że miejscowość Niagara Falls to zapadła dziura, w której co drugi budynek się wali, a co drugi jest na sprzedaż. Do tego wejście nad wodospady rzeczywiście jest mocno “obklejone” wszelkimi wytworami domorosłych marketingowców z krainy Buffalo wings, co czyni obrzeża wodospadu parkiem rozrywek wszelkich łącznie ze sklepikami sprzedającymi plastikowe wodospady, hinduskimi jadłodajniami czy indiańskimi kolczykami od prawdziwych Indian tyle że w kurtkach North Face’a. Do tego dochodzi fatalna pogoda – prawie zero stopni, wiatr urywający głowy i deszcz padający w bok. Nie zapowiada to rewelacji…

Po przedostaniu się przez zasieki świata komercji, podchodzimy do kas i okazuje się, że to, co jest największą zaletą zwiedzania Niagary od strony amerykańskiej jest zamknięte do połowy maja… Czyli ani nie można wejść za wodospad Bridal Vail, ani nie da się podejść na najciekawsze tarasy widokowe, ponieważ są… oblodzone.

- Ale pływa statek! Od wczoraj! – reklamuje pani w budce biletowej nic sobie nie robiąc z tego, że przejechaliśmy 750 km, żeby zobaczyć te miejsca.

Kupujemy więc bilety na statek, który wpływa w zakole słynnego wodospadu „Horseshoe” i przechodzimy przez wieżę widokową (otwartą), gdzie wreszcie dostrzegamy ogrom żywiołu. I tutaj pojawia się pierwszy raz błysk w oczach – ale super!

Cała panorama obejmująca trzy wodospady Niagary jest świetnie widoczna z tego miejsca. Jesteśmy ponad linią górnej rzeki, więc dostrzegamy te ogromne chmury spiętrzonej wody unoszące się nad wodospadami. Z daleka myśleliśmy, że to dym! A do tego taki niewyobrażalny huk zagłuszający już teraz wszystkie melodyjki sklepowe razem wzięte. Po chwili zachwytów dostrzegamy maleńki stateczek wyłaniający się z kłębów wody – o rany, to chyba na to kupiliśmy bilety… Zakładamy pośpiesznie niebieskie worki foliowe i ruszamy.

untitled-0225

untitled-0215

untitled-0564

untitled-0239

untitled-0599

untitled-0282

untitled-0382

untitled-0278

untitled-0322

untitled-0338

untitled-0273

untitled-0361

untitled-0572

untitled-0578

untitled-0559

untitled-0457

untitled-0565

untitled-0465

untitled-0431

untitled-0498

untitled-0520

untitled-0527

untitled-0524

untitled-0533

Po dwóch dniach spędzonych nad  Niagarą muszę przyznać:
– tak, warto było przyjechać, nawet w taką pogodę,
– tak, lepiej odwiedzić to miejsce w sezonie, nawet kosztem większego festynu wokół,
– tak, warto przejść na stronę kanadyjską, bo widok jest dużo lepszy,
– nie, nie pojechałabym po za kolejny, bo czekają teraz Iguazu ;)

A Wy? Lubicie wodospady? Wybralibyście się nad Niagarę?

 

Zagadka!

A teraz obiecana zagadka:

Jak myślicie, turystów z jakiego kraju spotkaliśmy najwięcej nad Niagarą i co chcieli od nas pożyczyć?

Na odpowiedzi czekamy w komentarzach poniżej do 5 maja do 20:00 czasu polskiego. Poprawną odpowiedź nagrodzimy magnesem, który poleci do Was z naszej kolejnej destynacji, czyli z Florydy. A patrząc na niezliczoną ilość gadżetów, które można nabyć wokół amerykańskich atrakcji turystycznych, nie mam wątpliwości, że to musi to być FORFITER i na pewno go dla Was znajdziemy ;))

Powodzenia!