Diabły kontra Wyspiarze

Nie jestem wielką fanką sportów. W zasadzie nie śledzę żadnej dyscypliny, a już na pewno nie takiej, w której zmagają się kluby(=pieniądze) a nie kraje. Ufal się nawet śmieje ze mnie, że najbardziej z olimpiady lubię rozdawanie medali ;) W istocie, to, co w sporcie najbardziej dla mnie pociągające to emocje, zarówno sportowców zmagających się ze swoimi możliwościami, jak i kibiców. I na koniec reakcje na efekty – wzruszenia, rozczarowania, łzy szczęścia. Cóż, stereotypowy ze mnie psycholog w tym względzie…

Ale owe emocje sportowe są dla mnie na tyle pociągające, że uwielbiam chodzić na wszelkie mecze ;) Oglądanie sportu na żywo daje tą wyjątkową możliwość uczestniczenia w całej ceremonii widza – od wyceniania swojej miłości do drużyny poprzez wybór miejsca na trybunach, przez przebierania się na dzień rozgrywek, po kibicowanie, lepsze czasem od samego meczu ;)  No i na koniec te niekończące się dyskusje, dlaczego nasi przegrali, że głupi trener, że wiatr wiał w złą stronę… kocham te rytuały ;)

Dlatego oczywistym było dla mnie, że na wszystkich ważnych dla Amerykanów sportach muszę się znaleźć choćby raz. Mecz baseballa już udało nam się zobaczyć na słynnym Fenway Park w Bostonie podczas poprzedniego pobytu. Uważam za swój sukces, że w ogóle pojęłam zasady gry. Teraz przyszła kolej na hokeja. To ulubiony sport zimowy Amerykanów, więc dzieciaki ćwiczą całą zimę, a rodzice regularnie spędzają zimowe wieczory na kibicowaniu.

Pucharu Stanleya (najwyższe odznaczenie w rozgrywkach NHL) o mal nie wygrała  w ubiegłym roku drużyna, na którą kupiliśmy bilety. Niestety Diabły z New Jersey przepadły w meczu z Królami z Los Angeles. Swoją drogą zastanawialiśmy się czy w Polsce jakakolwiek drużyna mogłaby nazywać się diabłami i kto/gdzie protestowałby z tego powodu. Nie mniej jednak diabły słabe nie są, można się pofatygować na druga stronę rzeki Hudson.

——————-

Hala Prudential Center w New Jersey zapełnia sie szybko, a my zastanawiamy się komu kibicować – czy naszym z Nowego Jorku czy gospodarzom. Na początku chcieliśmy się podzielić, żeby chociaż jedno z nas wróciło z poczuciem sukcesu. Na miejscu okazuje się jednak, że diabelska masa tak bardzo nas zalewa, że nie pozostaje nic innego jak przejść na stronę wroga. W trakcie meczu okazuje się to niezłą taktyką, gdyż na widowni raczej trwa regularna balanga niż wierne kibicowanie.

No właśnie, bo od tego wypadałoby zacząć – sport w Stanach Zjednoczonych to nie tylko widowisko sportowe, ale także (głównie) sposób na spędzanie czasu i wspólną zabawę. Jest więc wszystko czego potrzeba Amerykanom do szczęścia – na początek zakupy hot-dogów, piwo i popcorn. Potem odśpiewanie hymnu przez lokalną gwiazdę, aż wreszcie przedstawienie każdego sportowca niczym zapowiedzi na gali oskarowej. W tak miłej atmosferze, meksykańskiej fali i wspólnym śpiewaniu hitów Britney Spears rozpoczyna się pierwsza tercja a wraz z nią rozkminianie zasad. Niestety nie jesteśmy tak wprawni jak nasi sąsiedzi i ledwo wzrokiem nadążamy za krążkiem a co dopiero mówić o nabieraniu sosu na nachosy.  Rozgrywka jest jednak co chwile przerywana, więc na 40 ekranach nad nami obserwujemy powtórki. W tym czasie pozostali widzowie oglądają śmieszne scenki ze sportowcami albo śpiewają sto lat wszystkim dzisiejszym jubilatom.

To na co jednak czekamy najbardziej to gol dla naszych! Kiedy wreszcie pada wszyscy diabelscy fani natychmiast porzucają rozrywki i zabierają się do pracy kibica – wstają z miejsc, podnoszą gadżety i zaczynają hymn dziękczynny dla ukochanej drużyny. Na ten czas gra zostaje przerwana, rozbrzmiewa muzyka, gasną światła i na wszystkich telebimach pojawiają się gigantyczne loga drużyny. Rytuał wprawia nas w takie osłupienie, że nie zapamiętujemy słów. Niestety, powtórki nie było, bo nasi przegrali 3:1…

Warto jeszcze dodać, że pod koniec meczu zostaje wybrany „żołnierz meczu”, który zbiera nie mniejsze owacje co Adam Małysz po dwukrotnym przeskoczeniu Planicy.

Generalnie jeśli ktoś jest ciekaw czy warto iść, to odpowiadam – TAK, KONIECZNIE! Niesamowita atmosfera, nieporównywalna do żadnego naszego widowiska. Dwa lata temu porównywałam oglądanie baseballa do naszych meczów siatkówki, ale teraz dochodzę do wniosku, że to coś raczej między wieczorem kawalerskim, koncertem na żywo a kibicowaniem przed telewizorem (jedzenie, picie, wygodne fotele i ploty ze znajomymi). Świetny sposób a spędzenie czasu i poczucie atmosfery Stanów Zjednoczonych. Tego nie znajdziecie na żadnym punkcie widokowym czy innym „must see„. To trzeba przeżyć!

NYC-7108

NYC-7124

NYC-7086

NYC-7131

NYC-7140

NYC-7198

NYC-7104

NYC-7119

NYC-7236

NYC-7172

NYC-7245

Ps. Oczywiście tłukli się też, więc mam to niesamowite doświadczenie za sobą ;)

Ps2. Już za tydzień koszykówka!