Połowinki, czyli bye bye Nowy Jork!

Nim się obejrzeliśmy, właśnie strzeliła połowa naszego wyjazdu, czyli dokładnie 50 dni.

Tak się składa, że nasz pobyt w USA podzielił się na dwie części, prawie równo rozdzielone pewnym miłym wydarzeniem ;) Pierwsza część pobytu obfitowała w poznawanie wyjątkowych miejsc w Nowym Jorku i intensywną pracę zawodową połączoną z przemieszczaniem się na trasie Nowy Jork – Boston. Teraz przyszedł czas na oddech od tych metropolii. Przed nami w najbliższy weekend Niagara, na majówkę Floryda,  za trzy tygodnie Waszyngton, Filadelfia i Baltimore, a za miesiąc parki narodowe w Utah. Uff, już czuję, że nie nadążam ;)

Tymczasem jednak same połowinki postanowiliśmy uczcić trasą wypatrzoną z samolotu, którą zapowiadałam na facebooku.

Wyruszyliśmy z Far Rockaway w nadziei, że uda nam się pokonać całą, ciągnącą się na prawie 100 mil, trasę widokową po wąskich wyspach wzdłuż Long Island. Ten ciąg wysp, porównywalny z Key West na Florydzie, w większości jest tak wąski, że przemierzając go widać morze po obu stronach drogi. A dodatkowo mija się osiem parków stanowych: JFK Memorial Wildlife Sanctuary, Captee State Park, Cedar Beach Park, Jones Beach State Park, Robert Moses State Park,  Fire Island National Seashore, Cupsoque Beach Park oraz Shinnecock Dune Park.

Niestety ze względu na to niesamowite położenie, wąskie wyspy oddzielające Long Island od oceanu, chronią je także przed wszelkimi zagrożeniami ze strony wielkiej wody. I takie zadanie wykonały w trakcie październikowego huraganu Sandy, którego siła niemal całkowicie pokryła je wodą. W efekcie tych wydarzeń do tej pory spora część trasy jest zamknięta dla odwiedzających, drogi są mocno podziurawione, a niektóre mocno zasypane piaskiem. Czyni to trasę mocno poszatkowaną, bo co raz trzeba wracać na ląd i okrążać jej fragmenty. Ale i tak miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie! I chyba nie tylko na nas, bo popularny obecnie #vanlife, czyli rzucanie pracy i włóczenie się busem po Stanach, jest tutaj mocno obecny.

Aby dopełnić poznawanie południowego wybrzeża Long Island postanowiliśmy zakończyć trasę na samym koniuszku – w Montauk, zwanym przez mieszkańców stanu Nowy Jork “the very end”. Tam, czekały na nas ciastka w kształcie homarów, urocze drewniane domki i słynna latarnia morska.

Ach, no i muszę dodać, że spodobał nam się bardzo narodowy sport Amerykanów w postaci oglądania pięknych widoków, w tym zachodów słońca w samochodzie na parkingu widokowym ;) Widzieliśmy to zjawisko podróżując po Stanach trzy lata temu, ale teraz mieliśmy okazję przekonać się o jego popularności – wybierasz się z rodziną na wycieczkę, zabierasz kanapki, prasę, dojeżdżasz do ciekawego miejsca, parkujesz przodem do morza, włączasz muzyczkę i nie wychodząc z auta spędzasz przemiły czas z rodziną jedząc, pijąc i gawędząc. W razie potrzeby poczucia wiatru od morza otwierasz na chwilę okno. Hm, lepsze niż telewizor! Praktykowaliście kiedyś coś takiego?

 

untitled-8613

untitled-8648

untitled-8681

untitled-8668

untitled-8626

untitled-8696

untitled-8758

untitled-8720

untitled-8810

untitled-8839

untitled-8748

untitled-8859

untitled-9052

untitled-9131

untitled-9077

untitled-8983

untitled-9135

untitled-9100

untitled-9116

 

Ps. Najbliższe wyjazdowe 50 dni nie oznacza, że nie będziemy pisać o Nowym Jorku. To miasto jest przecież zachwycające! Zresztą jego mieszkańcy również, o czym będzie w kolejnym wpisie :-)