Solidarny jak Bostończyk

Miał być dziś wpis o Niagarze, o cudzie przyrody pośród parku rozrywki, miała być o nowym sposobie komentowania, a na koniec miała być nawet zagadka z nagrodami. Ale nie będzie. Będzie o tym, jak poszłam na miejsce po wybuchach w Bostonie….

Jak wiecie nasz wyjazd do USA w dużej mierze rozgrywa się między Nowym Jorkiem a Bostonem. Do Bostonu jeżdżę na uczelnie i właśnie dzień przed jednym z takich wyjazdów zostałam zaskoczona informacją, że może lepiej zmienić plany… Okazało się, że w trakcie najstarszego maratonu na świecie odbywającego się od 117 lat w piękne święto stanu Massachusetts “Patriot Day” wybuchły bomby na mecie.

Śledziliście to wydarzenie pewnie tak samo jak ja. Mam wrażenie, że w Polsce było o nim wyjątkowo głośno. Pisałam o nim na profilu Wędrownych Ufali na facebooku, wahając się czy warto jechać do hotelu, który jest 400 metrów od miejsca wybuchów, dzwoniąc na uczelnie, przy której złapano zamachowców… Nie miałam w planach publikowania o tych wydarzeniach wpisu na blogu, bo też nie do końca je rozumiałam będąc w Nowym Jorku.

Siedząc 500 km dalej i słuchając spekulantów w mediach nabierałam ambiwalentnego stosunku to tego, co się wydarzyło. Z jednej strony słowa solidarności, z drugiej gorzka ocena, często surowa wobec organizatorów, służb ratunkowych czy samych uczestników. Do tego przerzucanie się zdjęciami Bogu ducha winnych widzów na facebooku i cała fala złości w komentarzach do newsów. Skąd my znamy takie piekiełko, prawda?

Kiedy jednak dziś przyjechałam do Bostonu i wieczorem poszłam na spacer do parku Boston Common, moją uwagę ściągnęły tłumy oddające hołd ofiarom wybuchów. Poszłam więc i poniżej na zdjęciach zobaczycie to, co ja zobaczyłam.

Co się dzieje naprawdę na miejscu zdarzenia? Tu zupełnie nie ma komentarzy. Jest niezwykła cisza, szczerość i tylko co jakiś czas słychać modlitwy lub ciche rozmowy biegaczy deklarujących, że za rok pobiegną w ich intencji. Jest skupienie, ciepłe słowa, piękne wyrazy solidarności. Paradoksalnie w miejscu, w którym zdarzyła się ta tragedia jest o niej najciszej. Naprawdę to przeżyłam i poczułam więź z Bostonem. To chyba przełom w moich relacjach z tym miastem i jego mieszkańcami.

untitled-0695

untitled-0701

untitled-0704

untitled-0697

untitled-0708

untitled-0713

untitled-0719

untitled-0707

 

Ps. A Niagarę sobie odbijemy, będzie jutro lub pojutrze, razem z zagadką oczywiście.