Z dzikim fartem przez Turcję

Wszystko zaczęło się dosyć ekspresowo, bo pierwszego dnia zaraz po wieczornym przylocie rozpoczęliśmy zwiedzanie Stambułu. W tym czasie na skutek licznych perypetii samochodowych objechaliśmy miasto trzy razy, cztery razy byliśmy na moście Galata, przyjrzeliśmy się od góry i od dołu mostom na Bosforze, spróbowaliśmy chałwy, kebaba i właściwie nie bardzo było wiadomo, co robić przez kolejne dwa tygodnie :-)

Wiem, wiem, mówiliśmy, że trzeba się dobrze przygotowywać i że trasę zwykle dopinamy w domu. Owszem zwykle tak, ale w tym przypadku o kierunku podróży decydowała pogoda, o kolejności – rozkład autobusów, a wszystkie dodatkowe atrakcje były splotem nieoczekiwanych zdarzeń, dzięki którym zaoszczędzaliśmy od kilku godzin do całych dni. W rezultacie w ciągu prawie dwóch tygodni zrobiliśmy 2900km przeskakując z temperatur jesiennych w Stambule, przez zimę w centralnej Turcji po lato na Riwierze. I co zaskakujące, pośpiechu było niewiele. Dziś zatem, po wpisach o zwyczajach, kilka słów o tym, co właściwie zobaczyliśmy w Turcji.

turcja-trasa-1

Po nocnych oględzinach Stambułu w kolejnych dniach zabraliśmy się do poznawania tego niezwykłego miasta. Generalnie zasługuje ono na kilka kolejnych wpisów i na pewno pojawi się w którejś pocztówce niebawem. Warto jednak wspomnieć, że trzy miejsca zrobiły na nas największe wrażenie – Hagia Sophia, do której wchodząc opadły nam szczęki, Pałac Jerebatan tzw. Basilica Cistern – jeden z kilku kompleksów podziemnych cystern na wodę usytuowanych pod Stambułem oraz dzielnica Uskudar – pełne targowisk i meczetów wzgórze po stronie azjatyckiej. Te trzy miejsca sprawiły, że poczuliśmy to kłucie w boku, chodzenie po nich powoduje, że oczy się śmieją, a człowiek zdaje sobie sprawę, że jest tu, gdzie być powinien. Zdecydowanie polecamy.

IMGP1683

IMGP4062

IMGP3822

IMGP1914

Natura wzywa i po jakimś czasie w mieście, nawet tak niezwykłym jak Stambuł, zaczyna ciągnąć w teren. Nas natura wzywała dość mocno, tym bardziej, że chcieliśmy udać się do Konyi, aby obejrzeć pokaz tańców derwiszy, o czym pisaliśmy w osobnym wpisie. Mieliśmy tam również czas na spacer po konserwatywnym tureckim mieście, gdzie ponoć tradycja leży na ulicy. Rzeczywiście leży, a nawet wchodzi ludziom na plecy. Wszystkie cechy przeciętnego Turka ujawniają się tam szczególnie wyraźnie. Zweryfikowaliśmy to poznając ludzi, z którymi nawet język turecki wydawał nam się zrozumiały ;)

Noc sylwestrową zaraz po pokazie spędziliśmy znowu w autobusie, tym razem w drodze do Denizli, miasta z którego najłatwiej dostać się do Pamukkale. Początkowo planowaliśmy tam zajechać w drodze powrotnej, ale że autobus do Fethyie był tak późno… Wieś Pamukkale słynie z okolicznych wapiennych tarasów, utworzonych przez wodę z gorących źródeł wytryskujących z pobliskiego wzgórza. Miejsce to wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego UNESCO i ze względu na ochronę wapiennych osadów na otwarte dla turystów tarasy można wejść wyłącznie po zdjęciu obuwia. W lato brodzenie w wodzie po kostki i masaż stóp są na pewno całkiem przyjemne, ale nam w styczniu już tak rozkosznie nie było. Szczególnie, że nieźle padało, a temperatura nie przekraczała 5 stopniu Celsjusza. Ale coś za coś – mieliśmy tarasy prawie na wyłączność. Nasze jedyne towarzystwo stanowiła grupa Chińczyków (którzy wyglądali trochę na członków partyjnej wycieczki). Efekty walki aparatu i zgrabiałych dłoni z zimnem i deszczem poznacie niebawem, teraz tylko krótka zapowiedź:

IMGP2554

IMGP2477-2

IMGP2491

Ponieważ w Pamukkale byliśmy bardzo rano, to wczesnym popołudniem udało nam się ruszyć nad morze (wyjazd bez morza, to wyjazd stracony – taka nasza nowa reguła). Tym bardziej, że po dwóch nocach w autobusie potrzebowaliśmy trochę odpocząć. Sama podróż odpoczynkiem raczej nie była, bo złapaliśmy zamieć śnieżną, a kierowca nie uznał za zasadne dostosować prędkości do warunków panujących na drodze ;) Na szczęście Fethiye, które w sezonie przeżywa oblężenie turystów, w styczniu jest oazą spokoju. Miasteczko położone w zatoce już na wysokości Morza Śródziemnego jest znane chociażby ze znajdujących się w pobliżu wykutych w skale licyjskich grobowców. Puste (o tej porze roku) plaże, pyszne ryby (wiem, znowu o jedzeniu) oraz słoneczna i ciepła jak na styczeń pogoda spowodowały, że w okolicy Fethiye zabawiliśmy kilka dni. Spędziliśmy je zwiedzając miasteczko, pobliskie grobowce, rezerwat przyrody, a także udaliśmy się do Ölüdeniz (skąd pokazaliśmy już pocztówkę).

Ostatniego dnia wybraliśmy się do ruin starożytnego miasta Olympos (bardzo zapuszczone i zaniedbane; w sumie niby ruiny, ale jednak…). Dodatkową atrakcję w tej okolicy stanowić miało wzgórze Chimera. Z jego zbocza małymi szczelinami wydobywa się metan, który w kontakcie z powietrzem ulega samozapłonowi. Nam udało się dotrzeć tam już po zmroku, więc teoretycznie o najbardziej atrakcyjnej porze, ale zjawisko jest mało spektakularne i wygląda raczej jak kilka ognisk na polanie. Raczej odradzamy. Przy okazji drobna dygresja, dla tych którzy chcieliby się tam wybrać z Olympos – nie wierzcie przewodnikom, które mówią o kilkunastu minutach spaceru plażą. Z ruin jest około 8 kilometrów do samego podejścia pod „płonące” wzgórze, dalej jeszcze pół godziny w górę do Chimery.

IMGP3018

IMGP3353-2

Po zejściu ze wzgórza Chimera czekał nas jeszcze 12-kilometrowy spacer z plecakami do odległego przystanku, z którego planowaliśmy złapać autobus do Antalyi i dalej jechać nocnym do Efezu. Jednak nie opuszczające nas jak dotąd szczęście (zwane też dzikim fartem) znowu dało o sobie znać i spod samej góry (a trzeba wiedzieć, że jest to totalne zadupie), złapaliśmy stopa prosto do Antalyi.

Tym sposobem rano byliśmy już w Efezie, aby podziwiać jedne z najlepiej zachowanych ruin jońskich. Co prawda pogoda znowu nie dopisała, ale miejsce i tak robi wielkie wrażenie. Podobnie jak o Stambule, o Efezie napisano już naprawdę wiele. To co możemy dodać oryginalnego, to nasze koncepcja rozwoju turystycznego tego miejsca – otóż to czego w Efezie brakuje, a co pewnie niedługo stanie się rzeczywistością to wirtualna rekonstrukcja, która pozwalałaby wśród prawdziwych ruin biegać ze smartfonem (lub innym tabletem) i oglądać Efez takim, jaki był w latach swojej świetności. Gdyby tureckie Ministerstwo Kultury i Turystyki chciało poznać szczegóły, to prosimy o kontakt ;)

IMGP3666

IMGP3556

Dziki fart dał znać o sobie po raz kolejny, kiedy to z Efezu dojechaliśmy do Izmiru o 13.54, a o 14.00 jechaliśmy już z powrotem do Stambułu, zdążywszy kupić bilety, odebrać bagaż z przechowalni i zaopatrzyć się w przekąski na drogę. Jakby tego było mało, już po powrocie do Stambułu, wieczorem tuż przed wylotem od goszczącej nas u siebie Kasi (pozdrawiamy!), powstał szalony pomysł, żeby zerwać się rano i do południa skoczyć jeszcze do mieściny o intrygująco brzmiącej nazwie Rumeli Feneri, gdzie znajduje się twierdza broniąca wejścia do cieśniny Bosfor. W związku z tak wykonanym planem przypadkowo zobaczyliśmy w czasie naszego krótkiego pobytu w Turcji wszystkie cztery morza – najpierw Marmara, potem Śródziemne, dalej Egejskie i na końcu pojawiliśmy się w miejscu gdzie Bosfor łączy się z Morzem Czarnym.

IMGP4202

Trochę więcej szczegółów dotyczących technicznych aspektów dzikiego farta, czyli wpis praktyczny już niebawem.

x     x     x

Chyba nie muszę tłumaczyć, jak wielka była nasza radość z decyzji podjętej podczas kupowania biletów w marcu 2011 , że wyjazd kończy się w sobotę, a nie niedzielę. Odsypianie po urlopie okazało się niezbędne…