Singapur – tygrys w klatce

W Singapurze przywitała nas cudowna dziewczyna, która, oprócz tego, że jest pilotem samolotów pasażerskich, zna miasto jak własną kieszeń. Trzy dni mieszkania u niej były wymarzonym podsumowaniem tego wyjazdu. Singapur po tych rozmowach i własnych obserwacjach taki wymarzonym miejscem już nie jest.

IMGP7080

Singapur ma ambicje by być miastem idealnym – idealnie zarządzanym, idealnie czystym, idealnie skomunikowanym, bez korków, z najlepszą edukacją dzieci, z nowoczesnymi samochodami, ze sprawną gospodarką, z najlepszymi atrakcjami turystycznymi takimi jak: największa sztuczna zjeżdżalnia dla dzieci, największy sztuczny wodospad, największy park ptaków, największe nocne safari, jedyne zoo na równiku posiadające niedźwiedzia polarnego…

Czym płacą mieszkańcy za ten idealny świat?

 

1. Mandaty

Gigantyczne kwoty mandatów nawet za najmniejsze przewinienia skutecznie zniechęcają do śmiecenia czy zachowań nieobywatelskich. 500 $S za jedzenie duriana w miejscu publicznym, 1000 $S za przywiezienie żucie gumy, 800$S za brak biletu parkingowego, 1000S$ za karmienie ptaków, 5000$S za nieupilnowanie filipińskiej gosposi przed zajściem w ciążę… Mandaty są oczywiście wymienialne na dni więzienia lub prace publiczne. Nie ma problemu.

 

2. Licencje na zakup samochodu

System zakupu samochodu w Singapurze jest tak zaskakujący, że trudno nam było w niego na początku uwierzyć. Wiadomo, Singapur to miasto słynące z nowoczesnych aut i świetnej przepustowości ulic (praktycznie brak korków). Aby kupić sobie auto należy bowiem wcześniej wykupić pozwolenie. Kwoty pozwolenia ustalane są co miesiąc w zależności od ilości aut w mieście, sytuacji gospodarczej i innych czynników. Kwoty podaje się w gazetach do publicznej wiadomości. Obecnie za takie pozwolenie trzeba zapłacić 98’000$S czyli ok 200’000zł. (!!!). Pozwolenie jest ważne kilka lat, więc opłaca się wraz z utratą jego ważności zmienić auto na nowe. Poza tym, nie oszukujmy się, jeśli kogoś stać na zakup licencji, nie ma znaczenia jakie auto sobie kupi. Nie mają też znaczenia zmieniające się, w zależności od natężenia ruchu, ceny za przejazd poszczególnymi ulicami.

 

3. Wyścigi szczurków

Trzeba ogromnej pracy organizatorów systemu edukacji, żeby szkolnictwo w Singapurze było na najwyższym poziomie. Oczywiście trzeba też wysiłku wszystkich dzieci, nauczycieli i dyrektorów szkół. W związku z tym co roku przeprowadzane są egzaminy sprawdzające umiejętności dzieci, które w efekcie tej procedury co roku zmieniają klasę. Po podliczeniu wyników egzaminu dzieci przeskakują bowiem do klas lepszych i gorszych w zależności od wyników – najlepsi są z najlepszymi, najgorsi z najgorszymi. Rywalizacja i pracowitość są zatem nagradzane. Dzieci przeładowane nauką a kooperacji brak.

 

4. Dezintegracja

Singapur to miasto wielokulturowe i tolerancyjne, choć jednocześnie tradycyjne jeśli chodzi o zgrupowanie poszczególnych narodowości w różnych dzielnicach (Little India, Little Arabia, Chinatown). Jak jednak ostatnio zauważyły władze, aby porządek był bardziej porządny a zarządzanie łatwiejsze, mieszkańcy poszczególnych kultur powinni się bardziej integrować i w każdej dzielnicy powinien mieszkać określony odsetek ludzi każdej narodowości. Dzięki temu łatwiej utrzymać brak relacji międzyludzkich, brak kapitału społecznego, a tym samym brak zrzeszania się, postulowania czy protestowania (jeden z Singapurczyków spotkany w knajpie nazwał to prostu z mostu brakiem kultury). Ponieważ każdemu Singapurczykowi przysługuje w życiu jedno mieszkanie w prezencie od państwa, władze rozdzielają je w taki sposób, aby w każdym bloku zmiksować różne rasy i kultury. Sprytne, prawda?

IMGP7094

Podsumowując, należy powiedzieć, że wiele z tych pomysłów działa naprawdę nieźle i nie da się ukryć, że przydałaby się w Polsce. Przeciętni Singapurczycy są zadowoleni z mieszkania w nowoczesnym państwie i kolejne pomysły jego usprawnienia przyjmują ze spokojem. Turyści są natomiast zachwyceni kolejnymi spektakularnymi atrakcjami (o których zresztą opowiem w zachwycie w którymś z kolejnych wpisów). Nie można jednak nie zwrócić uwagi na fakt, że Singapurem rządzi od wielu lat ten sam człowiek, dawniej jako premier, aktualnie jako tzw. minister mentor kieruje z tylnego siedzenia poczynaniami “rządu”, kierowanego przez swojego syna. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się krytyka władzy, wykonywanie kary śmierci nie jest rejestrowane, a ci którzy się takimi kwestiami zbyt interesują (np. Amnesty International) są wypraszani z kraju. Krótko mówiąc Azjatycki Tygrys, ale w klatce.