Przez dżunglę – łodzią i na linach

Z przyjemnego chłodu w Cameron Highlands trudno wyjechać, a jak już w planach jest gorąca i wilgotna dżungla, to najlepiej w ogóle się nie zastanawiać, tylko już wsiąść do tego autobusu. Trasę z Cameron Highlands do Taman Negara można pokonać wygodnym turystycznym busikiem z 8 innymi turystami, ale po pierwsze kosztuje to krocie, a po drugie nie da się wtedy dopłynąć do dżungli łodzią. W związku z tym cały dzień przemierzaliśmy trzema autobusami trasę Tanah Rata – Kuala Lumpur – Temerloh – Jerantut na zmianę zamarzając w klimatyzowanych autobusach i smażąc się w poczekalniach. Na nasze nieszczęście przesiadki były na tyle krótkie, że nie dało się daleko odejść po coś do jedzenia. A na dworcach wiadomo – ramadan i wszystko zamknięte. W związku z tym jak tylko dojechaliśmy do Jerantut, to już szczerze współczuliśmy muzułmanom tych 30 dni postu.

Zanim ogarnęliśmy nocleg i zakup biletów na łódź, powoli nastawał zmierzch i stragany, restauracje i knajpy z wolna się otwierały, a ludzie już siedzieli z widelcami przy pustych stołach. Trzeba bowiem powiedzieć, że tutaj moment końca codziennego postu oznacza moment podania posiłku, a nie wybrania się do knajpy. W związku z tym wszyscy przychodzą wcześniej, zasiadają, zamawiają, kelnerzy stawiają już napoje na stołach, potrawy są przygotowane przez kucharzy i… czekamy. Czekamy aż muezin rozpocznie wieczorną modlitwę. Nie ma się co jednak martwić, że siedząc przy stole w knajpce można przegapić ten moment. O nie! Koniec postu ogłaszany jest WSZĘDZIE, po prostu nie da się go nie usłyszeć! Muezin zawodzi z każdego meczetu, z każdego radioodbiornika wystawionego na parapet okienny i z każdego telewizora ustawionego w witrynie sklepowej czy restauracji. I wtedy na raz zaczyna się wielka uczta! Z sennej atmosfery robi się w knajpie istne szaleństwo – kelnerzy dostają przyspieszenia, robi się nagle tłoczno i głośno. Starsi muzułmanie zwykle zaczynają od przepłukania ust wodą, młodsi, którzy mają zdrowsze żołądki od razu przystępują do jedzenia. Po całodziennym poście, jaki sobie sami zafundowaliśmy doskonale ich rozumiemy! Roti canai nigdy nie smakowało lepiej!

Do dżungli, bogatsi o poprzednie doświadczenia, zabieramy już zapas jedzenia, które okazuje się zupełnie zbędne, bo w Kuala Tahan jest bardziej turystycznie niż na warszawskiej starówce. Ale po kolei.

Rano, po dojechaniu do przystani, szybko wsiadamy w długą, wąską łódkę z blaszanym dachem i z niej zaczynamy podziwianie rzeki Temberling. Jest dużo szersza niż nam się wydawało, brunatna, a sądząc po czynnościach, jakie wykonują nad jej brzegiem tubylcy, także niezbyt czysta. Ale płynie się nią z przyjemnością, rzeka wiele zakrętów, a nad brzegiem co i raz zmienia się krajobraz – od pustych plaż z widocznymi w oddali górami, przez piaszczyste wydmy z pojedynczymi palmami, po bujną ścianę lasu. Do tego rybacy, kilka niewielkich zabudowań, pasące się bawoły, małpy, liczne ptaki. Wszystko zmienia się dosyć dynamicznie i tak wodzimy wzrokiem zahipnotyzowani przez dwie godziny.

IMGP5001

IMGP5043

Na miejscu przykra niespodzianka, o której wspominałam, czyli tłumy turystów! Spodziewaliśmy się, że ze względu na weekend świąteczny dużo Malezyjczyków przyjedzie na wakacje, ale tu raczej chodzi o współczynnik hoteli i pensjonatów w odniesieniu do lokalnych domów. Wygląda raczej słabo. Bez problemu znajdujemy natomiast nocleg w dormie i niewiele się myśląc ruszamy do dżungli. Tak trochę sobie rozważamy, że jak będzie słabo, to się zawiniemy następnego dnia.

Sama dżungla zaskakuje nas jednak bardzo. Pozytywnie, jeśli chodzi o faunę i florę – drzewa niesamowitych kształtów, liany, cykady, małpy, żaby, jaszczurki, gigantyczne mrówki, czego dusza zapragnie! Negatywnie, jeśli chodzi o upał i wilgotność. W ciągu pięciu minut od przekroczenia ściany lasu jesteśmy zlani potem, ale tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Nie wiedziałam, że można się aż tak spocić! Wlewamy w siebie hektolitry wody, wyżymamy ubrania, dychamy jak stare parowozy, coś niesamowitego! Jak ludzie mogą mieć z tego przyjemność? Po wejściu na Bukik Teresik zaczynamy się zastanawiać, czy mają tu jakiś autobus powrotny wieczorem…

IMGP5092

IMGP5080

Żeby jednak móc powiedzieć, że byliśmy w Taman Negara trzeba zaliczyć punkt obowiązkowy, czyli Canopy Walkway – dwukilometrową ścieżkę zawieszoną nad konarami drzew. Jest to w zasadzie jedyne miejsce, w którym zapominamy o upale i koncentrujemy się na tym, żeby jakoś przejść od drzewa do drzewa i nie rozbujać za bardzo mostów. Jednocześnie podziwianie tego, co jest pod nami daje niesamowitą frajdę i szkoda tylko, że turyści generujący spory hałas skutecznie przegania wszystkie zwierzęta.

IMGP5150

IMGP5184

IMGP5241

IMGP5195

IMGP5248

Ostatecznie zostaliśmy jednak na noc w Kuala Tahan, ale nie daliśmy się już namówić na dwudniowy trekking, nocną eksplorację dżungli czy spotkanie z Orang Asli. Uznaliśmy, że ilość turystów i wskaźnik wilgotności nie pozwolą nam docenić tych uroków. Przynajmniej nie teraz. Dżungla Taman Negara pozostaje więc jedynie spróbowana. Na dłuższe trekkingi jeszcze tu pewnie wrócimy.