Tatry oszronione

Babski wyjazd z mojej inicjatywy (wspartej zdaniem Ufala, który uznał, że mogłabym sobie gdzieś pojechać, bo musi spokojnie popracować) wcale nie oznaczał dla mnie chodzenia po górach. Tak jak się jeździ nad morze i wcale w nim nie pływa, tak nie było dla mnie super oczywiste, że wyjazd w góry musi być połączony z chodzeniem po nich.

Piękne widoki z okien górskiej chaty, jazda konna, pogaduchy z “naszymi” góralami, podziwianie zabytków architektury drewnianej, zakupy wyrobów artystycznych… W górach można robić mnóstwo rzeczy i się nie nudzić! Dlatego jakież było moje zdziwienie, jak dostałam maila z listą ekwipunku: raki, kijki, spodnie trekkingowe…

Całą drogę samochodem dziewczyny wybierały trasę, nazwami dolin i szczytów sypały jak z rękawa i tak w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że tylko ja nie wiem o czym mówią. Co ja robiłam kiedy one spędzały kolejne tygodnie w Tatrach? Czułam, jak ominął mnie w życiu jakiś ważny etap. Pobudka o przed świtem przypomniała mi jednak, że już to kiedyś przeżywałam.

Ostatecznie dni spędzone w Tatrach wspominam niezwykle przyjemnie. Zupełnie obaliłam mit ponurego listopada. Siwe świerki, oszronione zbocza, mnogość odcieni brązu i zieleni tworzyły nostalgiczny klimat, który mnie ujął bardziej niż błękitne niebo na szczycie.

IMGP0556-2

IMGP0425

IMGP0413-2

IMGP0395-2

IMGP0380-5

IMGP0373-2

Żebyście uwierzyli jednak, że dałam radę, to poniżej kilka pocztówek ze szczytów :-)

IMGP0624

IMGP0628

IMGP0623

Ps. Podobno taka pogoda w Tatrach w listopadzie to totalny ewenement. Trzeba przyznać, że polskie góry zareklamowały się nieźle :-)