Am.Pd. – jezioro Titicaca

W najgorszym z możliwych miejsc, w najgorszym hostelu zdarzyło mi się zgubić notes z podroży. Opcje są dwie – albo pan upłynni kartę pamięci ze środka, a notes mi odsprzeda, albo uda, że niczego nie znalazł… Ta druga opcja jest troszkę mniej prawdopodobna, ponieważ obiecaliśmy mu, że wrócimy do niego w niedzielę na jeszcze jedną noc. No, ale póki co ten wpis zamieszczam na luźnych kartkach.

Tymczasem wycieczka po jeziorze okazała się strasznym kiczem. Na razie nasza „grupa Kondora” odwiedziła pływające wyspy trzcinowe Uros. A tam pełne udawanie  – ludzie przebrani, panie śpiewają na powitanie, dom obłożone trzciną a za nimi (Ula zajrzała) blaszane miski, szczotki do zamiatania i panele słoneczne. O rety, ciężko będzie znieść te dwa dni! Na wyspach można oczywiście za pieniądze przymierzyć stroje, kupić pamiątki albo przepłynąć trzcinową łódką za 8 soli. Za to podczas wykładu o wyspach (mają specjalne makiety pokazowe) udało mi się odgadnąć (trochę oszukiwałam) ilość metrów do dna (17m) i dostałam w nagrodę wiszące coś (będzie na choinkę :-) Natomiast Leszek ocalił jedną z wysp przed pożarem! Podczas gdy „mieszkańcy” zajęci byli zabawianiem turystów, ogień pod kuchnią niebezpiecznie zajął trzcinowe podłoże. Tym sposobem zostaliśmy jednocześnie demaskatorami, oszukańcami i wybawicielami wysp pływających Uros :-)

Z niejednego źródła wiedzieliśmy, że na wyspach tak naprawdę nikt nie mieszka, ludzie przyjeżdżają tylko na dzień zgarnąć kasę od turystów. Jednak jak dziś zobaczyliśmy te solary, narzędzia, wiszące pranie i ogólny syf za domkami, to wydaje się, ze jednak ktoś tu musi dłużej przebywać. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteśmy dla nich tylko bankomatami, a oni dla nas tylko przebierańcami. Takie udawanki.

Następną wyspą była Amantani, gdzie zostaliśmy przydzieleni do rodziny kapitana naszej łodzi. Wyspa nie ma prądu (oprócz generatorów) i ruchu samochodowego, nie ma aut, motorów, rowerów, nie ma też dróg. Jest kilka miejscowości, w sumie ok 2000 mieszkańców, 3 szkoły podstawowe, jedno gimnazjum i jeden lekarz od wszystkiego. Do tego panie noszą długie czarne chusty na głowach, które zbierają i utrzymują ciepło. Całość robi niesamowite wrażenie – jest przestrzeń, cisza i spokój. Obecnie jest pora sucha, więc nic nie rośnie na polach, wokół tylko suchy piach, nawet rośliny wokół domów przesuszone. Klimat jest bardzo surowy (w końcu to Altiplano) – w dzień gorąco w słońcu i zimno w cieniu, w nocy temperatura spada do zera.

W naszym domku warunki bardzo skromne, ale schludnie i czysto. Wybraliśmy opcję spania we czwórkę w jednym pomieszczeniu, także było nam ciepło i bardzo wesoło. Śmialiśmy się z Leszka i jego tekstu o pizzy z „mnóstwą ilością sera”. Rodzice byliby załamani, że zapominamy języka polskiego :-)

Obiad całkiem smaczny – krupnik, a do tego ziemniaki, marchew i smażony ser żółty. Wszystko bez soli. Do picia muña – coś między tymiankiem a miętą.

Po obiedzie udaliśmy się na spacer na górę „Pachamama” (można było jeszcze iść na „Pachatata”, ale serce poprowadziło nas w lewo :-). Na wzgórzu tradycja nakazuje wykonanie trzech okrążeń wokół świątyni.  Pierwszy – za przyjaźń i przeszłość, drugi – za podziękowanie i teraźniejszość, a trzeci za spełnione marzenia i przyszłość. Podziwialiśmy także zachód słońca nad jeziorem Titicaca i granicą boliwijską. Naprawdę przepięknie. Ta cisza wokół czyni wyspę jeszcze bardziej magiczną.

Wieczorem, kiedy mieliśmy nadzieję w końcu w coś pograć, przyszła nasza gospodyni Emiliana i przyniosła swoje stroje ludowe. Kazała się przebierać (nic nie kumamy w tym quechua, ale to zrozumieliśmy!) i wyciągnęła nas na potańcówkę :-) Tam czekali już na nas uczestnicy Condor group, oczywiście także przebrani. Generalnie festyn na MAXA, ale staraliśmy się wczuwać i nie marudzić. No i oczywiście tańczyliśmy! Emiliana wyciągała nas po kolei do tańca, także nie było zmiłuj! Grały dwie kapele na zmianę (patent świetny, w ogóle nie mieli przestojów). Było też sporo lokalsów, którzy, ku naszemu zdziwieniu, wyglądali jakby się świetnie bawili.

Ostatecznie udało nam się uciec po 1,5 godzinie i czym prędzej poszliśmy spać.