Am.Pd. – Titicaca cd.

Dzień zaczął się pośpiesznie o 6:30. Dostaliśmy ciepłą wodę do umycia zębów. Na śniadanie były pyszne naleśniki z dżemem. W takich chwilach świat wydaje się taki mały :-) Tysiące razy jedliśmy identyczne naleśniki na śniadanie, ale te były przepyszne! Pożegnaliśmy się grzecznie, wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy do portu, aż tu nagle krzyczy do nas Emiliana, żebyśmy oddali czapki, które wczoraj nam podarowała! I okazało się, że piękne, ręcznie robione czapki były tylko wypożyczone na czas wejścia do wzgórze świątynne… Co za zgrzyt. Zrobiło się bardzo niesmacznie i, mimo że czapki były super, ani myśleliśmy je kupować. Raczej chcieliśmy czym prędzej zwiewać z tej wyspy. I najchętniej odebrać też wino, kawę i herbatę, które podarowaliśmy im wczoraj!

Następna wyspa Taquile okazała się bardziej zadbana, bardziej zielona, ale równie turystyczna jak Uros. Wypiliśmy tam najgorszą kawę jak do tej pory (i chyba też najdroższą) i odwróciliśmy się do niej tyłem, żeby podziwiać przepiękne góry po boliwijskiej stronie. Widoki były rzeczywiście niesamowite, choć słońce grzało bezlitośnie jakby pionowo w czubek głowy. Przyglądaliśmy się też nieco panom słynącym z tego, ze dziergają samodzielnie czapki na drutach. Dla młodzieży białe, dla dojrzałych czerwone. Pyszny, ale przepłacony obiad zjedliśmy z całą condor group na tarasie widokowym. Wyspę pożegnaliśmy przez sławną bramę i ruszyliśmy w drogę powrotną.


W Puno mieliśmy do wykonania misję – odebrać notes i kartę pamięci z hostelu i powiedzieć panu, że nie zostajemy na noc. Aż brzuch mnie rozbolał z nerwów i stwierdziłam, że to zbyt ważne rzeczy dla mnie (moje zapiski + karta z fotkami z Machu Picchu) i nie mogę tam pójść. Dlatego Paweł sam z zimną krwią, ale i z uśmiechem załatwił sprawę za 2 $ :-)

Potem zaopatrzyliśmy się na targu w zapas żywności i ruszyliśmy na dworzec szukać autobusu do Arequipy. Znalazł się dość szybko i nawet tanio, ale zaczęły się i problemy. Najpierw autobus przyjechał spóźniony o 30 minut, a potem okazało się, że autobus innej firmy popsuł się i opłaca się zaczekać, aby doładować jeszcze ludzi z bagażami. Po kolejnej godzinie udało się wyjechać, ale już w Juliace doszło kolejne 30 osób z tysiącami pudeł i worków. W zasadzie nie wiem jak się mieścimy. Niestety w związku z nową sytuacją, mimo że nasz autobus miał być bezpośredni, zatrzymujemy się na każdej stacji (tak jak miał w planie zepsuty autobus). Jedziemy w gronie samych lokalsów (poza parą amerykanów) i wszystkim nam zaczęły już puszczać nerwy. Tupanie, walenie w szyby i okrzyki protestu to jednak nie nasza sprawka.  Po kilku przystankach zatrzymała nas również policja… No i okazało się, że miano najbardziej skorumpowanego miasta na świecie nie jest w przypadku Juliaci przesadzone. Policja obszukała nasze podręczne bagaże dość pobieżnie, a potem dobrała się do luku głównego. I wygląda na to, że zostali przekupieni, bo kilka pudeł (z ciastkami i cukierkami) zostało na zewnątrz. My ku ogromnej uldze i okrzykach radości tych, co przewożą coś bardziej nielegalnego, odjechaliśmy w siną dal. Zastanawialiśmy się tylko, czy nasze plecaki (zapakowane w niepozorne worki po kartoflach), nie zostały uznane za łup… Po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy i ostatecznie dojechaliśmy do Arequipy o 0:30. Przewidując wieczorny przyjazd mieliśmy rezerwację hostelu. Trudno się było jednak do niego dopukać. Zajęło nam to dobre 20 minut, żeby dobudzić portiera. Ostatecznie wylądowaliśmy w dwóch mikroskopijnych pokojach z piętrowymi łóżkami i hałasem z głównej ulicy miasta. Ula, Paweł i Leszek byli na tyle zdeterminowani, że wzięli prysznic, Paweł nawet zrobił pranie (mieliśmy tylko 3 komplety bielizny, więc trzeba było robić pranie co drugi dzień). Ja, w związku z przeziębieniem wzięłam tylko aspirynę, włożyłam w uszy zatyczki i padłam tak jak stałam.