Am.Pd. – W drodze do Machu Picchu

Dzień zaczęliśmy od cafe con leche domowej produkcji (nieźle nam poszło! będziemy praktykować w domu). Potem przepakowaliśmy się w 4 plecaki po 5kg (wymogi Peru Rail), a resztę rzeczy zostawiliśmy w przechowalni. W drodze do autobusu oddawaliśmy się poszukiwaniom prawdziwego Cuzco i prawdziwych mieszkańców. Obkupiliśmy się też ananasami i innymi smakołykami ostrzeżeni wysokimi cenami :-). Bilet na colectivo do Olalltantambo kosztował całe 4,2 sole. Ach, no i  colectivo to coś podobnego do podwarszawskich S,W,Z,A. Tak samo duszno i tłoczno, tylko gra głośniejsza muzyka, duuuużo dłużej się jedzie i bardziej trzęsie :-) Generalnie jesteśmy fanami :-)

W Olalltantambo jest bardzo przyjemnie, miasto jest eleganckie, a Plaza de Armes (główny plac miejski) to istny plac budowy – widać, że w nie inwestują. I to cieszy. Martwią natomiast ilości wycieczek przyjeżdżających autokarami (biura podróży) i ceny w sklepach. Tylko pamiątki są w  takiej samej cenie wszędzie.

Zdecydowaliśmy się, mimo ceny (40soli!), wejść do ruin i nie żałowaliśmy! Robią super wrażenie, wszystko przemyślane, także pod względem bezpieczeństwa i odpowiedniego dla upraw usytuowania pól względem stron świata.  Posłuchaliśmy sobie przewodników oprowadzających grupy i dowiedzieliśmy się ciekawych informacji o powstawaniu ruin i pozyskiwania budulca – byliśmy chyba bardziej zainteresowani niż uczestnicy wycieczki :-)

O 18:30 odchodził Peru Rail Backpacker do Aguas Calientes (wtedy właśnie zauważyliśmy, jakie kolejki czekają na nas jutro do Machu Picchu). Pociąg jak pociąg, było ciemno więc nie widzieliśmy widoków. W środku jak w naszym pociągu podmiejskim :-)

Na miejscu w Aguas Calientes przebiliśmy się przez zgromadzenie naganiaczy i ruszyliśmy w miasto szukać noclegów samodzielnie. Na jednej z uliczek zaczepili nas dwaj naganiacze z dwóch hosteli znajdujących się naprzeciwko siebie. No i zaczęła się dziać rzecz niesłychana – zaczęli sami licytować się między sobą, który nas weźmie! Był to bowiem atrakcyjny kąsek – 4 osoby i to na 2 noce. Ostatecznie zeszli do ceny 20s. za pokój i postanowili rzucić monetą. Poszliśmy do lewego :-)

Aguas Calientes to wieś mała, ale zepsuta masowym turyzmem. Kupcy mają zmowę cenową – nigdzie nie ma wywieszonych cen – wszystko zależy od naiwności kupującego. Podobnie w aptece (złapałam alergię na coś) i w restauracjach. Trochę nas to przygnębiło, ale po dłuższym marszu na obrzeża znaleźliśmy ostatecznie przyzwoity sklep dla lokalsów.