Am.Pd. – Machu Picchu

Godzinę pobudki wyznaczyła chęć wejścia na Wayna Picchu – wzgórze, z którego rozpościera się widok na Machu Picchu – słynne inkaskie miasto ukryte w górach.Wpuszczają tam 200 pierwszych osób rano i 200 kolejnych po południu.

Oznaczało to, że musimy wstać o 4:30, żeby, zgodnie z zaleceniami lokalsów, stanąć w kolejce do autobusu o 5:00. Prawie nam się udało, ale dla pewności i żeby się nie nudzić w kolejce policzyłam wszystkie osoby przed nami :-) Byliśmy ok. 120. Do tego mieli dojść jeszcze ludzie ze szlaku, więc szanse wciąż były. O 6:00 zaczęły przyjeżdżać autobusy, jeden po drugim zabierały ludzi z kolejki (po 30 miejsc każdy). Na miejscu czekała na nas druga kolejka – do wejścia na teren zaginionego miasta. Tam szła osoba zapisująca chętnych do wejścia na wzgórze. I ku naszemu ogromnemu zdziwieniu nie wszyscy byli chętni :-) Ostatecznie dostaliśmy numery 109-113.

Po przejściu bramki okazało się oczywiście, że nie było kontroli bagażu przed którą tak przestrzegały napisy na biletach. Od razu rozpoczęło się szybkie zwiedzanie i pstrykanie fotek. Mieliśmy godzinę na udanie się do następnej kolejki – tym razem do wejścia na Wayna Picchu…

A teraz  wrażenia :-) Miasto usytuowane jest niesamowicie – między wysokimi górami, wpisane w otaczającą przyrodę. Wcale mnie nie dziwi, że tak trudno było je odnaleźć. Ach, że by tak u nas dbano o dostosowanie miasta do otoczenia! Z bliska ruiny wyglądają mniej spektakularnie. Dopiero z pewnej odległości widać starannie rozplanowany układ przestrzenny miasta. Całość robi ogromne wrażenie, aż czuć kłucie w boku :-) Machu Picchu to wyjątkowe miejsce. Nie dziwie się, że takie tłumy tu przybywają i moglibyśmy pewnie zbić majątek na wypożyczaniu naszych czapeczek :-)

Wejście na Wayna Picchu jest dość strome i męczące. Ale za to na górze widok przepiękny. Usiedliśmy na jednym z tarasów, żeby zjeść śniadanie z panoramą Machu Picchu. Dopiero wtedy doceniliśmy poranną pobudkę :-)


Wstawanie rano tylko po to, żeby pochodzić wokół ruin jest zdecydowanie przereklamowane. Miasto jest na tyle duże, że spokojnie można bez tłumów pozwiedzać je w ciągu dnia.

W drogę powrotną wybraliśmy się pieszo przez dżunglę wysoką (oszczędziliśmy przy tym 14$ w godzinę :-). Spacer super, podobnie jak w drodze na Wayna Picchu, można pooglądać motyle i dżunglę. Jedyny i to zasadniczy problem stanowią owady – zostałam totalnie pogryziona, a mugga spokojnie leżała w pokoju…

Wieczorem chcieliśmy wybrać się do gorących źródeł, od których wzięła nazwę mieścinka. Ale lało tak straszliwie, że dobiegliśmy do najtańszej z najdroższych knajp i po chińszczyźnie poszliśmy spać.