Am.Pd. – Laguna 69

Zaczęliśmy bardzo wcześnie (5 rano) pobudką i myciem głowy pod prysznicem bez słuchawki i sterowania temperatury wody. W zasadzie to jakby brać prysznic pobudzający :-)

O 6 wyruszyliśmy busem z Lindą, naszą przewodniczką do laguny 69. Parada (postój) pierwsza i druga – kontrola policyjna. Lepiej nauczyć się na pamięć numeru paszportu, jest potrzebny częściej niż codziennie. W trakcie drogi Linda opowiedziała nam o wszystkich okolicznych górach, o sukienkach lokalnych kobiet (im więcej warstw tym wyższa klasa społeczna), a także o kapeluszach damskich. Kod damskich nakryć głowy w okolicach Huaraz: biały, różowy – wolna; celestyn  – żonata, dzieciata; brązowy – rozwódka lub wdowa, ale poszukująca partnera; czarny – wdowa, które nie szuka męża :-) Mieliśmy okazję się o tym przekonać przechadzając się po lokalnym targu.

Po 2,5h jazdy zobaczyliśmy pierwszą i drugą lagunę – zadziwiające, można na nie patrzeć cały dzień, lśniące, turkusowe… super! Kolor wody robił jeszcze większe wrażenie ze względu na ogólną szarość dookoła.

No i potem zaczęła się wspinaczka. Po kolei bolała nas głowa, brzuch, serce, brzuch, głowa, serce… i nogi, które nie chcą iść. Cała droga była dość trudna, ale w sumie jedynie przez chorobę wysokościową. Bo na początku trasa ciągnęła się wzdłuż rzeki, lekko wznosząc się w górę. Dalej, od wodospadu, zaczęła się trudniejsza część i większa stromizna. W międzyczasie robiliśmy przerwy, w trakcie których Linda testowała na nas swoje niekonwencjonalne metody leczenia bólu głowy :-) Nie działały, ale bałam się przyznać, bo jeszcze by mi coś nowego wymyśliła :-)

Ostatecznie wymordowani dotarliśmy po 3,5h do pięknego, granatowego jeziora ukrytego pośród granitowych gór i lodowców. Coś wspaniałego! Spędziliśmy tam godzinę ciesząc się widokiem.

Droga powrotna upłynęła dość sprawnie. Pakowanie też. Huaraz pożegnaliśmy kurczakiem, pstrągiem, wątróbką i spaghetti. A co! Teraz nocna trasa do Limy bardzo wygodnym semi-cama busem. Zobaczymy!