Am.Pd. – Kanion Colca

Dzień zaczął się bardzo wcześnie, ale pospaliśmy jeszcze ze 3h w autobusie. Przewodnik mało kompetentny – ograniczał się do wymawiania nazwy przystanku i czasu na zwiedzanie. Śniadanie też było symboliczne, ale o tym akurat wiedzieliśmy, dlatego Ufal zrobił wczoraj wypasione kanapki z szynką, serem, pomidorem, papryką i ogórkiem. Mniami!!!

Trasa fajna i nawet nie męcząca. Chyba się przyzwyczailiśmy do ciągłego jeżdżenia. Po 5h jazdy dotarliśmy do Cruz del Condor, stanowiska skąd mogliśmy oglądać loty kondorów. Niestety nie tylko my – jeszcze dodatkowo jakieś 700 osób :-)

Ale najważniejsze że były też kondory! Tworzy się tu taki tunel powietrzny, w którym rano, kiedy jest już widno, ale słońce jeszcze nie zagląda do wnętrza kanionu, można podziwiać przelatujące ptaki. Naprawdę super! Olbrzymie, dostojne, szybowały przed nami na zmianę z lewej na prawą.

Ruszyliśmy dalej do wsi Cabanadonde, gdzie główną atrakcję dla nas stanowił cennik na drzwiach kościoła oraz przechodzące panie w specyficznym stroju i ekwipunku :-)

Po obiedzie (makaron + ziemniaki + ryż) ruszyliśmy w dół do kanionu. Droga ciężka ze względu na pył, luźne kamienie i niesamowity upał. Poza tym wewnątrz kanionu nie istnieje żaden ruch samochodowy ani motorowy, który by ubił nawierzchnię. Istnieją tylko nogi człowieka, konia lub osła (pamiętaj osła brać zawsze od wewnętrznej!). Dotarliśmy na dół po 3h brudni i padnięci, z oczami i nosem pełnymi piachu. Wiedząc, że w kanionie jest mega zimno po zmierzchu, szybko wzięłam prysznic i ucięłam sobie drzemkę w naszym lodge’u mając nadzieję na szybkie wyzdrowienie. W tym czasie Paweł użył książki Pałkiewicza zgodnie z poradami tam zawartymi – czyli wyrwanymi stronami pozaklejał dziury w oknach.

Na szczęście kolacja była bardzo sycąca (zupa + drugie = wypas). Nasza przewodniczka fajnie gotuje! Po kolacji odśpiewaliśmy Uli szybkie sto lat, wypiliśmy winko i zasnęliśmy bardzo szybko.