Am.Pd. – Na dnie kanionu

Po porannych naleśnikach ruszyliśmy w drogę do Paraiso. Z góry wyglądało rzeczywiście bajecznie – baseny, palmy, upragniona zieleń, także szliśmy dziarsko. Droga do oazy jednak piaszczysta, tyle że nieco łatwiejsza, bo w miarę płaska i przyjemna (może też ze względu na wczesną porę). Minęliśmy też boisko do piłki nożnej, na którym regularnie w każdą niedzielę odbywają się mecze. Wygląda na to, że zawodnicy mają niezłą rozgrzewkę w samym dotarciu do tego miejsca :-) Druga część trasy miała strome piaszczyste zejście, ale przyjemniejszą zieleń i wodospady wokół.

Na szczęście na dole czekały na nas stoliki i fotele pod palemką, basen i miły lodge z wygodnymi łózkami! Śmialiśmy się też z Naomi, że przydałoby się jeszcze spaghetti i… okazało się, że rzeczywiście było :-) Całkiem smaczne jak na tutejsze warunki. Zastanawialiśmy się nawet, czy by tu może na leniwe wakacje nie wrócić, ale wygląda, że daleko – najpierw z Europy 12h samolotem, potem lot z Limy do Arequipy, dalej a Arequipy 6h autobusem i jeszcze pół dnia piaszczystego stromego zejścia. Mało kto tu trafi :-)

Popołudnie leniwe, trochę jak na wakacjach :-) Pływanie, piwko, wypisywanie pocztówek…

Dodatkowo postanowiliśmy zostać na jeden dodatkowy dzień w Arequipie po powrocie z kanionu. Chcemy trochę rzeczy załatwić – zakupy, internet, pamiątki, pocztówki, zwiedzanie miasta… Leszek z Ulą myślą o raftingu. Ja też myślę, ale ze względu na przeziębienie boję się wypowiedzieć to na głos…