Am.Pd. – kaktusy i lodowiec

O 5 rano obudziły nas klaksony trąbiące tak, jakby coś się paliło. Okazał się, że to autobus z Limy zablokował całe skrzyżowanie i klaksony trąbiły non stop pół godziny, dopóki wszyscy nie wysiedli. Potem była kawa nie tak dobrej jak wczorajsza.

Jedziemy dziś autobusem oglądać wielkie kaktusy i lodowiec. Wyjazd nawet punktualnie. Szok! Jedziemy przez miasto. Jest biedne, ale kolorowe i ludzie bardzo pogodni. Dużo kobiet chodzi w tradycyjnych strojach. Wszędzie głośno, klaksony, muzyka. Nie zdążyliśmy jednak wyjechać z miasta, a już okazał się, że jedna z kobiet musi się wrócić po coś do domu. Czekamy 20 minut. Ruszamy. 300m dalej zepsuło się koło :) Czekamy godzinę u wulkanizatora. Ruszamy. Na wyjeździe z miasta zatrzymała nas policja :-) Po 15 minutach ruszamy dalej… I tak sobie droga mija :-)

Zatrzymaliśmy się w Catac, zeby zamówić obiad na powrót (będzie świnka morska) i cały czas w górę po szutrowej drodze wjechaliśmy do parku narodowego. Generalnie jedziemy non stop. Słońce świeci okrutnie, żar leje się z nieba. Po godzinie od wjazdu do parku narodowego po przejechaniu 100 serpentyn dotarliśmy do kaktusów Puya Raymondi. NIESAMOWITYCH! Ogromnych, dostojnych, świecących w słońcu (choć podobno po mate de coca wszystko wydaje się bardziej lśniące :-) Widać było całe ich pola usiane na zboczach gór. Podobały nam się bardzo! Trudno było oderwać wzrok. Każda roślina ma 8000 kwiatów i wysokość 20-30m. Ech, zdecydowanie za krótko je widzieliśmy.

Ruszyliśmy dalej do lodowca Pastoruri. I tu w trakcie jazdy znów dała znać o sobie choroba wysokościowa. Paskudna – głowa ściśnięta imadłem, mózg jakby oderwany od czaszki, bolą też oczy i uszy, serce wali jak młot, boli brzuch… Każdy z nas miał niektóre objawy, Ula niestety miała je wszystkie. Po dotarciu do lodowca czekała na nas jeszcze 3-kilometrowa ścieżka pod górę. Zupełnie prosta, ale nie wtedy, gdy nogi nie chcą iść. Po prostu szliśmy taki krótki odcinek przez dwie godziny! Byłam w szoku, jak to zwala z nóg. Ale i tak się opłacało – widoki nieziemskie! Jakby dotykać nieba.

Zejście na dół przekonało mnie do kolejnej porcji mate de coca. I pomogło! W drodze powrotnej zaprzyjaźniliśmy się z przewodnikiem – emerytowanym nauczycielem geografii. Opowiedział nam po hiszpańsku całe swoje życie, a my prawie całe zrozumieliśmy :-) Oczywiście na obiad byli chętni tylko wybrańcy, cała reszta odstawiła świnkę na bok. A smaczna była skubana!