Am.Pd. – gorące źródła

Ranek z leche con café jak zawsze udany.  Na jutro kupiliśmy wycieczkę do laguny 69. Zauważyłam, że zaczynamy targować się o wszystko :-) Po zakupach pojechaliśmy colectivo (coś jak bus) do baños termales (gorących basenów). To przeżycie! Ścisk okrutny, ludzie w bagażniku, połowa stoi :-) Ale za 2,5 sola dotarliśmy do Macara! Dalej nie kursuje już autobus, więc przesiedliśmy się w osobową taksówkę (kierowca + 2 osoby z przodu, my we 4 z tyłu i 2 osoby z dzieckiem w bagażniku). I jeszcze Lechowi udało się zmienić obiektyw, żeby zdjęcie było lepsze :-)

Baños to totalnie lokalna sprawa. Sami tubylcy. Jak przebraliśmy się w kostiumy, to tak świeciliśmy białym ciałem, że nawet nie próbowali udawać, że się na nas nie gapią :-) No i śmieli się, że nam ciepło. W końcu mamy końcówkę zimy :-) Najpierw poszliśmy do gorących jaskiń. Wybraliśmy najchłodniejszą (35 st.C), bo tylko do tej nie było kolejki. Reszta, w tym takie, w których temp. przekraczała 58 st.C, były mega oblegane. Te jaskinie to jakby sauny, tyle że naturalne – gorące ściany, parówka, ławeczka y es todos :-)

Po takim piekarniku idealne są pozas – małe ciepłe wanny i baseny na świeżym powietrzu. Tam jeszcze ludzie bywali. Ale już w dużym basenie, chłodniejszym, ale z widokiem na szczyty gór, z wesołą peruwiańską muzyczką i żarem z nieba -  żadnych dorosłych. Tylko dzieci skakały do wody, a opatulone w wełniane stroje mamuśki nawet nie próbowały zamoczyć stopy.

Tak udany relaks trzeba było jeszcze uwieńczyć obiadem – najsmaczniejszym do tej pory! Wieczorem odkrywaliśmy uroki życia nocnego i tanich zakupów. Po powrocie gramy w szachy – Indianie kontra konkwistadorzy :-)