Am.Pd. – znów Cuzco

Dwanaście godzin snu robi swoje – obudzilismy się super wypoczęci, ale także super głodni. Postanowiliśmy jednak zjeść dopiero w Urubambie, gdzie woda kosztuje jeden sol zamiast pięciu. Pociąg na głodniaka i tak jest super, ale widoki mogą podziwiać tylko ludzie siedzący po prawej stronie :-) Reszta obserwuje skałę, w której wykuta jest trasa.

Po wyjściu z pociągu nie daliśmy się schwytać taksówkarzowi, tylko sprytnie wzięliśmy colectivo do Urubamby. Tym razem jednak przebiliśmy wszystkie limity ilości pasażerów – zamiast dziesięciu -  19 osób i kierowca oczywiście :-)

W Urubambie pani chciała nam wcisnąć menu dla turystów, ale ostentacyjnie wyszłam z nim przed knajpę, żeby porównać ceny i kobieta się przestraszyła, że wyjdziemy. W promocji do ceny miejscowej dodała jeszcze sałatę, a i cola okazała się tańsza :-) Chyba zaczniemy targować się też w restauracjach :-)

W ogóle ceny w Peru są bardzo zróżnicowane. To, co dla lokalsów kosztuje średnio 5 razy mniej niż dla turystów: herbata 1:5 soli, przejazd 3:15 soli itp. Dlatego trzeba szukać lokalnych sposobów, bardzo przydaje się też znajomość hiszpańskiego. Wydaje mi się, że nasz kurs nauki hiszpańskiego nam się zwróci. Na razie nam się udaje stargować ok 30-40% lub dostać cenę dla lokalsów, dlatego spokojnie mieścimy się w budżecie dziennym. W innym razie raczej by nam się nie udało.

Wieczorem, po powrocie do Cuzco – szybkie odwiedziny na dworcu autobusowym – ależ oni się przekrzykują :-) Istny kocioł! Targowanie poszło sprawnie, tym razem -40%. W ogóle staraliśmy się dziś zaprzyjaźnić z Cuzco, trochę je odturyścić :-) Nawet się udało. Byliśmy na meczu koszykówki i na szaszłykach z ulicy. Można też powiedzieć, że zaczęliśmy prowadzić życie nocne :-)