Am.Pd. – Lot przez Atlantyk

Podróż długa i dla mnie dość stresująca (żeby zająć czymś głowę i nie denerwować się przyszłą katastrofą lotniczą, przepisałam cały zeszyt do hiszpańskiego, zajęło mi to jakieś 6h). Reszta głównie spała.

Jak przelecieliśmy Atlantyk, pojawiły się na trasie piękne Wyspy Karaibskie, a potem Amazonka i Andy… mm… nawet na chwilę zapomniałam, że mam się bać.

Pod koniec lotu, samolot i wszyscy pasażerowie zostali profilaktycznie zdezynfekowani, a potem po opuszczeniu samolotu przywitano nas w maskach (panika świńskiej grypy :-)

Pani z hostelu czekała na nas na lotnisku, uśmiechnięta z wielkim napisem URSZULA, jakby to jedna Urszula na świecie była :-) W trakcie drogi pierwsze wrażenia – bieda, przestrzeń, głośno, hałas, stare autobusy, klaksony, piękne wybrzeże, wysypisko śmieci zamiast plaży, domy w wiecznym remoncie…

Hostel (Flying Dog) fajny, łóżka wygodne, woda ciepła tylko wieczorem.  Po przepakowaniu się, pochowaniu pieniędzy we wszelkie ukryte kieszonki i skrytki wyszliśmy na spacer po Miraflores. To dzielnica turystyczna i ponoć najbezpieczniejsze miejsce w Limie. Kasę wymieniliśmy na ulicy w przenośnym walutomacie – to taki człowiek oplakietkowany i z licencją, który jest pełni oficjalne usługi wymiany walut. Nie powiem, żeby to było mega bezpieczne, ale jak nie oszukiwał, to miał najlepszy kurs. Przeszliśmy się też nad ocean – główny deptak iście europejski, oświetlony i elegancki. Boczne ulice masakryczne. Ach, no i kolacja była też. Zjedliśmy ostre meksykańskie żarcie, chociaż owoce kusiły…