Am.Pd. – Arequipa

Dzień zaczął się małą awanturką w hostelu – nie było ciepłej wody i odmówiłam zapłacenia za noc :-) Skończyło się dużym rabatem i osobistymi przeprosinami z ust szefa. W tym czasie Leszek i Ula znaleźli bardzo fajny hostel z kuchnią na ogromnym tarasie. I trochę taniej. Przenieśliśmy się tam czym prędzej, wzięłam zaległą kąpiel (gorącą) i ruszyliśmy w miasto. A miasto piękne, białe, eleganckie, trochę bardziej europejskie niż inne. Bardzo dobrze się tutaj czuję. Spokojnie mogłabym tu przyjechać, no powiedzmy, na erazmusa :-)

Po wstępnym rozpoznaniu terenu poszliśmy do żeńskiego klasztoru Santa Catalina. Naprawdę warto tam zajrzeć, bardzo przyjemnie można się przenieść w XVI/XVII w. spacerując wąskimi uliczkami po olbrzymim (2000m2) terenie klasztornym. Zwiedza się zarówno 2-3 pokojowe „apartamenty” mniszek z bogatych domów, ale także tereny świątynne i dziedzińce modlitewne. Istne miasto w mieście. I do tego całe niebiesko-czerwone!

Po wyjściu kupiliśmy bilety do kanionu Colca i zjedliśmy pizzę, która chodziła za mną jakiś czas. A że chory ma pierwszeństwo, to wszyscy się skusili :-) Generalnie przeziębienie się rozwija, dziś leje mi się z nosa… Tylko dziś zużyłam 1,5 rolki papieru.

Żałuję, że nie starczyło nam czasu na wieczorne włóczenie się po mieście. Naprawdę jest klimatyczne. I te trzy kolory – biały, niebieski, czerwony (jak u Kieślowskiego) tworzą to miejsce naprawdę wyjątkowym.

Ale cóż, trzeba spać. Jutro o 3:30 wyjeżdżamy oglądać kondory!