O tym, jak w Indonezji testują naszą cierpliwość

Pisaliśmy, że ludzie na Bali są bardzo mili. No, ale trzeba uczciwie przyznać, że jest też druga strona medalu.

Przykładowa scena z miłymi Balijczykami wygląda tak: czekamy na autobus przy ulicy, podjeżdża Balijczyk na skuterze i się zaczyna:

- Dokąd jedziecie?

- Do Gilimanuk.

- Potrzebujecie transport?

- Nie dziękujemy, czekamy na publiczny autobus.

- Acha, ale on długo jedzie.

- Tak, wiemy, bo zatrzymuje się wszędzie.

Przerwa. Milczymy razem. Balijczyk ogląda się wkoło, cmoka pod nosem, ale nie poddaje się:

- Do Gilimanuk potrzebujecie czerwone bemo.

- Tak wiemy, dziękujemy. Za 7’000.

Przerwa. 2 minuty ciszy. On poprawia motor, my sprawdzamy godzinę. Już mamy zacząć rozmawiać między sobą, a on:

- A skąd jesteście?

- Jesteśmy z Polski.

- O! Polandia! Warszawa!

- Tak.

Przerwa. On nic więcej nie wie o Polsce, nie bardzo też zna więcej zdań po angielsku.

- Ok. Miłego dnia.

- Dziękujemy. Tobie również.

Przerwa. Dwie minuty kręci się w kółko i odjeżdża.

Mijają kolejne dwie minuty i pojawia się następny: Halo, excuse me, where are you going? I od nowa.

Dziennie potrafimy robić kilkanaście takich dialogów w zależności od złożoności trasy do pokonania.Choć trudno w to uwierzyć, można się przyzwyczaić. W 99 przypadkach na 100 jest bardzo miło, choć większość sympatycznych rozmów ma ostatecznie charakter biznesowy. Właściciel hostelu codziennie z uśmiechem na ustach proponuje wypożyczenie skuterów, mimo iż został wielokrotnie poinformowany, że nie potrzebujemy. Maybe tomorrow? Właściciel warunga (taka indonezyjska jadłodajnia) może Cię zawieźć do najbliższej atrakcji turystycznej, bo na piechotę to strasznie daleko – odległość rośnie wprost proporcjonalnie do liczby odmów. I tak w kółko. Oczywiście wszystko z uśmiechem na ustach, dość nachalnie, ale nikt się nie obraża, jeśli się odmówi. Po prostu próbuje jeszcze raz ;)

To co spotkało nas w Gilimanuk pokazuje, że biznesu Indonezyjczycy uczą się od najmłodszych lat. To miały być ostatnie chwile na Bali. Postanowiliśmy spędzić je w West Bali National Park, ponurkować i zwiedzić wysepkę Menjangan należącą do parku. Zjechaliśmy do Gilimanuk rano i po zorganizowaniu łodzi na dzień kolejny wybraliśmy się na lokalną plażę. Trzeba dodać, że taka plaża nie wygląda jak plaża dla turystów. Jest na niej mnóstwo łódek, biegają psy, walają się śmieci, ktoś się kąpie, ktoś robi pranie, a w czasie odpływu powstaje tu droga dla motorów i boisko do gry w piłkę nożną. Bierzemy to jednak jako lokalną atmosferę.

IMGP0086-1

Gorzej zaczęło się wtedy, kiedy naszą obecność dostrzegły dzieci z okolicznych domków. Momentalnie zostaliśmy otoczeni przez 20 maluchów, którzy niemal weszli nam na głowę. Czuliśmy się jak zwierzęta w zoo, które nie bardzo mogą się wydostać, wszyscy pokazują na nie palcem i wykrzykują “halo mister” i w śmiech. Po kilku minutach udało nam się odzyskać kawałek przestrzeni osobistej, gdy dzieciaki przystąpiły do konkursu akrobatyki niczym do egzaminu w szkole cyrkowej. Trwało to jakieś 15 minut, udawaliśmy, że czytamy książki i mimo piasku wpadającego między kartki w trakcie przejeżdżania koło nas rowerów, dało się wytrzymać. Potem jednak zostaliśmy zaproszeni do bycia w jury ;-) Wszystko miło, trochę się pośmialiśmy, wyciągnęłam nawet aparat, żeby uwiecznić jakiś piruet i wtedy się zaczęło! Wielkie pozowanie! WSZYSCY chcieli być na zdjęciu – pojedynczo, grupowo, siostra z bratem, każdy chciał być w pierwszym rzędzie, więc wbiegali przed siebie nawzajem niemal wchodząc w obiektyw. A narzekałam przed wyjazdem, że tak trudno zrobić zdjęcia ludziom spotkanym w podróży!

I niby wszystko fajnie, kontakt z prawdziwym (choć młodym) życiem. Tyle że na koniec w naszym kierunku maluchy wyciągnęły dłonie krzycząc Money, money! i dopraszając się opłaty za nieproszony występ! Oczywiście nie dostały pieniędzy i oczywiście rozbiegły się uśmiechnięte – po prostu: Maybe tomorrow?

Oto małe potwory:

IMGP0125

IMGP0138-1

 

IMGP0131-1

PS. Te małe stwory były wyjątkiem jeśli chodzi o dzieci. Pozostałe nasze spotkania z małymi Indonezyj(czy)kami nie miały nic wspólnego z pieniędzmi. Dzieci zazwyczaj przyjaźnie witają, próbują zagadywać Hello Mister – na tym kończy się znajomość języków obcych lub odwaga. Nieco starsze chcą poćwiczyć angielski. Niektóre nawet odrabiają z turystami prace domowe, ale o tym w kolejnych wpisach.