Marrakesz i Essaouira

Es Salaam Alaykum!

Takie świąteczne lenistwo nas ogarnęło, ze spakowaliśmy się dokładnie tak samo jak do Ameryki (Asia zmieniła tylko kolor apaszki) i bez jakiegokolwiek planu wsiedliśmy do samolotu do Londynu. W Londynie wymyśliliśmy, że pojedziemy z Marrakeszu nad morze i będziemy tam leżeć aż nas najdzie ochota na poznawanie Afryki.

Marrakesz jest jeszcze bardziej pokręcony niż najbardziej zwariowane miejsca w Ameryce. Wyobraźcie sobie tłum Arabów niczym tysiące dzieci wypuszczone na przerwę w szkole. Krzyczą, biegają, tańczą popisują się, żonglują wężami itp. Dodatkowo wciskają Ci wszystko czego nie potrzebujesz w tym baranie móżdżki, wesołe ciastka z haszem i kapcie za małe o 2 numery. Na początku nie ogarnialiśmy tego zupełnie, ale po pierwszym zgubieniu się w medinie (wszystkie przewodniki i Tomasz mówią, że to główna atrakcja Maroka) jakoś zaczęliśmy widzieć w tym głębszy sens :)

Marrakesz nie jest taki zły (szczególnie dobry jest serwowany na placu Jeema el-Fna świeżo wyciskany sok), ale woleliśmy odpocząć nad oceanem i dlatego już drugi dzień spędzamy w Essaouirze. Włóczymy się po plażach, pijemy kawę w kafejce nad oceanem i sprawdzamy czy soczewica prosto z targu smakuje codziennie tak samo dobrze.

Tymczasem kończymy i idziemy zajadać się świeżo zerwanymi mandarynkami i pomarańczami. Błogie wakacje ;)