Deszcz w Vancouver

Jak wiadomo z poprzedniego wpisu, Vancouver na pierwszy rzut oka nie różni się mocno od amerykańskich miast. Dopiero podwójne napisy – po angielsku i francusku – wskazują, że jednak jest się w Kanadzie. Vancouver z pewnością ma potencjał, aby być pięknym miastem, wspaniałym dla rowerzystów, miłośników sportów wodnych i zimowych. Chyba każdy mógłby coś tu dla siebie znaleźć. Mógłby, gdyby bez przerwy nie padało. Podobno to normalne przez większą część roku. Co prawda ludzie, którzy muszą ze wspomnianych domów wyjść, np. do pracy, zdają się nie zwracać uwagi na deszcz. Jednak wygląda na to, że Ci którzy mogą zostać w domu, korzystają z tej możliwości. No, może oprócz biegaczy. Ale patrząc na ich wyraz twarzy można nabrać poważnych wątpliwości, czy to nadal jest dobrowolne ;)

Najgorsza jednak w Vancouver (a pewnie i w całej Kanadzie) jest leżąca na wybitnie niskim poziomie meteorologia. Najlepiej w ogóle nie oglądać prognozy w kanadyjskiej telewizji. W ciągu 8 dni pobytu chyba nie było dnia, żeby wszystkiego kompletnie nie pokręcili. Kiedy zapowiadali deszcze – świeciło słońce. Kiedy jednego dnia wieszczyli cudowną aurę – deszcz padał od rana do nocy. Wiem, po kilku dniach można było odkryć zależność między pogodą zapowiadaną a rzeczywistą, ale jak człowiek i tak się spodziewa deszczu …

Drugą grupą, oprócz meteorologów, której nie wolno ufać są pracownicy muzeów i różnego rodzaju atrakcji kulturalno-naukowych. Obsługa tzw. Science World uparcie twierdziła, że na pewno nie będziemy się tam z kolegą Przemkiem nudzić, po czym okazało się, że średnia wieku pozostałych zwiedzających jest ok. 6 razy mniejsza. Do centrum kosmicznego już nie weszliśmy …

Czyli Vancouver na tak. Ale z parasolem i z dala od atrakcji kulturalno-naukowych. Za to z dobrą prognozą i rowerem/żaglówką (dla finansowych twardzieli)/nartami.