Z bakterią na Rinjani

Zaległy wpis z trekkingu na wulkan Rinjani z 2011 roku. Zawsze podziwiałam siebie za mobilizację do tworzenia zapisków z podróży. Codziennie wieczorem spisywałam co działo się w ciągu dnia, szczególną uwagę zwracając na różne trudne nazwy albo historyjki, o których mogę zapomnieć. To, co przeczytałam z zeszycie z Azji przerosło jednak moje oczekiwania. Cóż ja miałam w głowie pisząc takie bujne historie. Sprawdźcie sami i oceńcie. Pisownia oryginalna ;)

 

Dzień 1.

Udało się wydostać public boat z Gili i znów znaleźliśmy się w tej parszywej mieścinie Bengsal. Olewając wszystkich i wszystko (ludzi, konie, bemo) doszliśmy do Pemenang pieszo i stamtąd za rozsądną cenę pojechaliśmy do Senaru pod wulkan Rinjani.

Negocjacje za trekking poszły sprawnie i już po godzinie byliśmy u Morisa w bungalowach. Żeby nie tracić dnia wybraliśmy się jeszcze do okolicznych wodospadów. Pierwszy – po kilku minutach spaceru był mega wysoki, a rośliny na jego zboczu – bluszcze liany, paprocie, ciągle moczone wodą, wyglądały super! Już na dole przy wodospadzie zdecydowaliśmy się iść do kolejnego wodospadu, w którym ponoć można się kąpać. Zabraliśmy się z grupą, która już idzie, negocjując dobrą cenę (zresztą potem nie zapłaciliśmy, bo przewodnik nam zwiał). Spacer do wodospadu był przyjemnością samą w sobie – idzie się wzdłuż kanałów, pokonując liczne różnice poziomów. Część trasy wiedzie przez rzekę, przeskakiwaliśmy przez kamienie i brodziliśmy po kolana w wodzie. Na ostatnie 10 minut po wyjściu z rzeki nie opłacało się już zakładać butów, więc spory kawałek dżungli pokonujemy na bosaka. Prawdziwi odkrywcy ;)

Sam wodospad wyglądał niesamowicie, już 50 metrów wcześniej wszystko jest mokre od strumienia i rosy wokół. Próbujemy kąpieli mimo braku strojów kąpielowych, ale nie trzeba się nawet zanurzać w jeziorku pod wodospadem, bo i tak się wychodzi kompletnie mokrym od wody unoszonej przez wiatr. Coś czuję, że to miła wprawka przed wulkanem.

Wieczorem na odprawie okazuje się, że nasz przewodnik Ari jest kompletnie pijany i bełkocząc coś fatalną angielszczyzną informuje, że będzie się nami opiekował i że możemy na nim polegać. Po jego odjeździe podnoszę protest, że się z nim nigdzie nie wybieram, ponoć trekking jest trudny, a my chcemy kogoś, komu można zaufać. Idę do Morisa, ten staje na rzęsach, żeby nam kogoś znaleźć, dzwoni do siedmiu różnych osób, wszyscy zajęci. Wreszcie przyjeżdża młody i przemiły chłopak – Bodia i wszystko nam wyjaśnia. Jak przytakujemy, że z nim pójdziemy, to wszyscy wyciągają papierosy. Ulga… W ramach przeprosić dostajemy jeszcze od Morisa transport po zejściu z trekkingu do dowolnego miejsca na wyspie.

IMGP8123

IMGP8094

IMGP8088

 

Dzień 2.

Rano wyruszamy. Trochę słabo się czuję, mam kłopoty z żołądkiem, ale wzięłam laremid. Powinno być ok. Podejście jest mega strome, nie byłam na to przygotowana. Idę powoli, pot leje się ze mnie masakrycznie, jesteśmy cali mokrzy mimo że idziemy przez las. Klimat oczywiście tropikalny. Przerwa na obiad to zbawienie, ale jednocześnie bardzo szybko robi się zimno. Dostajemy całkiem smaczną zupę z makaronem, jajkiem i warzywami. Generalnie ten cały fragment drogi przyglądałam się pracy tragarzy i jestem zszokowana. Niosą na barkach bambusowy kołek z dwoma plecionymi koszami. Całe wypchane jedzeniem, śpiworami, naczyniami, namioty, materace. Każdy z trzech naszych tragarzy ma po 50 kg na barkach, idzie w japonkach lub co najwyżej sandałach. Jestem w szoku. Niektórzy ledwo człapią, a to młode chłopaki. Trochę mi głupio, że ja idę z niewielkim plecakiem i jęczę.

Po południu kończy się las i chmury i zaczyna się odsłonięta grań. Non stop w słońcu. Masakra. Przepraszam, że jęczałam na tą cudowną zacienioną dżunglę. Ledwo dochodzimy. Ja nie bardzo mogę jeść, coraz gorzej się czuję. Ale jedzenie gotują dobre. Jest kurczak, warzywa i dużo sambala. W zasadzie leżę od momentu dojścia na miejsce. I zamarzam. Jest mega zimno, a nasze śpiwory nie ją jakieś super ciepłe. Ale ubieram się we wszystko co mam i brudna ładę się spać. Dodam, że o jakiejś 19:00, bo od godziny i tak jest totalnie ciemno.

Generalnie widoki tego dnia były cudowne, szczególnie na szczycie grani, widać już jezioro i wnętrze młodego krateru. Poprosiłam jednak Pawła, żeby to on zrobił zdjęcia. Ja padłam od zmęczenia, nasłonecznienia i od brzucha. Muszę jednak powiedzieć, ze niestety są tu masakryczne tłumy. Wszyscy zatrzymują się w tych samych miejscach, więc ciągle jest tłoczno. To duży minus.

IMGP8167

IMGP8309

IMGP8267

IMGP8370

IMGP8378

Dzień 3.

Rano czuję się fatalnie. Nawet Ufal namawia mnie na powrót, ale biorę kolejną sporą dawkę laremidu i idziemy. Zachęca mnie to, że pierwsze dwie godziny są w dół, potem godzina w gorących źródłach i kolejna na lunch. Mam szczerą nadzieję, że do tego czasu proszki zadziałają. Wyglądam fatalnie. Na tyle fatalnie, że Ufal zaczyna mi opowiadać po kolei książki Murakamiego, żeby mnie zagadywać. Idziemy bardzo powoli, jest bardzo stromo. Robię co mogę. Raczej nie jest ciężko tylko monotonnie, a poza tym trzeba uważać na nogi i kamienie. Jeden koleś przed nami stanął na ruchomy kamień i spadł 10 metrów w dół przepaści. Na szczęście zatrzymał się na drzewie. Inaczej byłoby po nim…

Jezioro na dole jest piękne, na ten turkusowo-morski kolor mogłabym patrzeć godzinami. Siedzimy na słońcu (nie jest gorąco) i odpoczywamy słuchając opowieści o tym, dlaczego nasz przewodnik nazywa się Bodia, a właściwie Kambodia. Otóż jego rodzice od zawsze marzyli, żeby wyjechać za granicę w podróż. Jak już wyjazd był zaplanowany, to okazało się, że mama jest w ciąży i źle się czuje. Z tego względu musieli zrezygnować z wyjazdu, a na pamiątkę nadali synowi imię związane z miejscem niezrealizowanej podróży. Niestety nigdy potem już tam nie pojechali. Bodia póki co też nie, ale kiedyś chciałby się wybrać. Nie wie kiedy, bo w Indonezji trudno zarobić, a podróże są drogie, nie to co w Europie (!!!).

Gorące źródła są fajnie, ale nie dla mnie. Muszę pilnie się położyć. Wracam się na miejsce obiadowe, dostaję śpiwór i zasypiam od razu mimo że spałam 11 godzin. Budzą mnie na obiad, jem trzy łyżki i znów się kładę. Jak ja wejdę na górę?

Jakoś powoli, powoli idziemy. Ufal dotrzymuje mi towarzystwa, jest mega gorąco i mega stromo. Do tego wszystkiego straszny pył. Ani widu ani słychu po południowej kąpieli w gorących źródłach. Jesteśmy znów totalnie brudni. Na górze jest nieziemsko, chmury są raz nad nami, a raz pod nami, przebarwiają się tworząc kolorowe dywany. Ale przez cały dzień zrobiłam tylko 8 zdjęć. Niestety głównie krążę między namiotem a toaletą. Decyduję, że wezmę 12 węgli i nie wchodzę na szczyt. Nie ma opcji. Nie dam rady. Ufal idzie, start o 2 w nocy.

IMGP8387

IMGP8436

IMGP8429

IMGP8447

1

Dzień 4.

Obudzili nas w środku nocy. Masakrycznie zimno. Marta dzielnie się poderwała, ale po 100 m uznała, że nie ma siły na kolejne tak strome podejście. Chłopaki poszli. Mówili, że bardzo męcząco, idzie się tam po ciemku. A dodatkowo podłoże to pył wulkaniczny i drobny pumeks – jeden krok na przód i pół kroku się zsuwasz. Korzystając z braku dziewczyn, Bodia narzucił takie tempo, że byli na szczycie godzinę przed wschodem. Na szczycie radość ogromna, chociaż zimno. Na pamiątkę “niewejścia” dostałam kokosa, którego Ufal tam znalazł :)

Chłopcy wracają na śniadanie i w zasadzie od razu ruszamy w dół. Zejście trwa i trwa i trwa. Przypomina trochę spacer po połoninach. Poza upałem, pyłem, chorym brzuchem, wszystko super. Widoki piękne, spotykamy ludzi, którzy idą od drugiej strony, w 6 dni zamiast trzech. Zazdrościmy im, bo więcej dni to lepsza opcja – można nacieszyć się widokami i nie forsować za bardzo. Na dole przed wsią spotykamy dwóch chłopców z karabinem. Przechodzą jak gdyby nigdy nic. Jak tylko odeszli przypomniało mi się, że w przewodniku pisali, żeby nie iść tą trasą samemu, bo porywają turystów. Stwierdziłam wtedy, że to bzdury.

Na dole czeka na nas samochód z paką, ładujemy się brudni, z bagażami, tragarzami i wracamy do Senaru do Morisa. Tam szybki prysznic i jedziemy do Sengigi. Uznaliśmy, że nie dotrzemy już tego dnia na Bali. W busie jakoś mi lepiej, pewnie dlatego, że jestem umyta ;) W trakcie jazdy zakochałam się w sarongu kierowcy. Całą drogę myślałam, jak to zrobić, żeby go od niego odkupić. Wreszcie, jak jesteśmy na miejscu, zaczynam jak gdyby nigdy nic, że sarong jest piękny i dam za niego 20. Gość mega zaskoczony, że ktoś chce go na ulicy pozbawić ubrania, ale po dwóch sekundach bystrzeje i zaczyna twardo negocjować. Dobijamy targu, wspaniale. Od razu przymierzam nabytek mimo że męski i uznaję go za godną pamiątkę z Lomboku. W domu pewnie przerobię go na poduszki.

IMGP8460

IMGP8462

IMGP8472

IMGP8483

IMGP8532

IMGP8515

IMGP8581

Następnego dnia rano wybrałam się do lekarza, który dał mi cudowny zastrzyk stawiający mnie na nogi w 10 minut, a na odchodne został nim znajomym na facebooku ;) Wolę jego niż amebę.