Będąc w Tatrach żal zrezygnować z pięknej pogody, jednak chęć poczucia góralskiej atmosfery i przejścia się po okolicznych wioskach zwyciężyła. Wybrałam się więc na poranny niedzielny spacer ulicami Bukowiny i podziwiając kolejne drewniane kapliczki i starannie wyrzeźbione detale domów szukałam owych górali.
Niestety tego poranka nie spotkałam prawie nikogo. Wygląda na to, że kto żyw korzysta na górskich szlakach z uroków złotej polskiej jesieni. W dolinach więc pusto i sennie. Podhale czeka na zimę.
![]()
![]()
Oprócz tego, czego się po Podhalu spodziewałam – przejawów szczerej religijności i poszanowania tradycji, z niebywałą przyjemnością dotarłam do mniej standardowych miejsc, gdzie owczarka podhalańskiego zastępuje leniwy bernardyn, a kapliczki przypominające muchomory sromotnikowe górują nad pasmem Tatr Zachodnich. Muszę przyznać, że to inspirujące miejsce rozbudziło we mnie nieco chęć powrócenia w te całe Tatry ;)
Ps2. Pod koniec wyjazdu przypomniałam sobie gdzie byłam, kiedy dziewczyny ścierały podeszwy w Tatrach. Otóż ja na żaglach lub kajaku przepływałam rok rocznie Szlak Wielkich Jezior Mazurskich! Jak Was wezmę na wiosnę, jak Wam dam w kość!




Pierwsze zdjęcie bombastik,to z bernardynem tez niezle,stodoła świetnie wyjszła.
Robert, dziękuję. Pierwsze to ze spaceru niedzielno-niepodległościowego – taka reprezentacyjna ulica Bukowiny Tatrzańskiej. Bernardyn ze stodołą to już „przedmieścia” ;-) Poznałam przy okazji historię tego psiny – to straszna powsinoga była, ale teraz już na emeryturze.
… dla mnie tam wszytko ma swoją historię. Lubię ją poznawać…
Olo, no pewnie! Trzeba by tam zajrzeć znów…