Niestety trzeba wracać. Tak skwitowaliśmy dzień wylotu. To chyba pierwszy wyjazd, po którym niczego nam nie brakuje, no może oprócz chłodu. No i znudziły nam się już te trzy koszulki, które nosimy w kółko. Więcej jednak mamy obaw niż zachcianek. Obawiamy się o to, że nie znajdziemy dobrego ryżu w Polsce, ani rice cookera. Że żadne polskie papryczki chilli nie będą odpowiednio ostre. Że trzeba wracać do roboty. Że będą komary. Że będziemy tęsknić za ciepłym morzem. Że nie kupimy składników na roti canai. Że przyjdzie mokry listopad…
Wygnieceni (nawet w singapurskich liniach lotniczych) dotarliśmy do stolicy z rana i jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na zakupy targowe. Po kilku godzinach nasz nieużywany dotąd wok pachniał już smażonym ryż z warzywami. Paweł zrobił sambal. Mało ostry, ale dobry w smaku. Może tu się jakoś zadomowimy na nowo.
* * *
Podsumowując, wyjazd udał nam się naprawdę fajnie. Zobaczyliśmy więcej niż sobie zaplanowaliśmy, spotkaliśmy w większości fajnych i życzliwych ludzi, poznaliśmy sześć wysp, zdobyliśmy trzy większe i mniejsze wulkany, byliśmy na kilkunastu plażach, weszliśmy do niezliczonej ilości świątyń różnych wyznań, przemieszczaliśmy się pieszo, stopem, autobusami, jeepami, łodzią… Do tego nauczyliśmy się gotować lokalne potrawy, poznaliśmy zasady konkursu ptaków, ponarzekaliśmy na korupcję wspólnie z mieszkańcami Lomboku, wylaliśmy hektolitry potu przemierzając dżunglę Taman Negara, zostaliśmy najwierniejszymi kibicami siatkówki nożnej, razem z mieszkańcami Tiomanu szczerze cieszyliśmy się z końca ramadanu, znaleźliśmy nawet Nemo … i można by tak wymieniać w nieskończoność.
Dla zainteresowanych szczegółową trasą, ostatecznie przebiegała ona następująco:
Singapur – Lombok (Kuta, Rinjani, Senggigi) – Gili – Bali (Candidasa, Ubud, Lalang Lingah, Balian Beach, Tanah Lot, Rambut Sivi, Gilimanuk, West Bali National Park, Anturan, Gitigit, Bedugul) – Jawa (Kawah Ijen, Bromo, Yogyakarta, Prambanan, Borobudur) – Kuala Lumpur – Penang – Cameron Highland – Taman Negara – Tioman – Singapur.
A kilka kadrów, które szczególnie nam się podobały poniżej:
Najpiękniejsze wybrzeże
Mój typ: plaża w Tanjung Aan na Lomboku (foto poniżej). Ufal wytypował Balian Beach.
![]()
Najlepsza świątynia
Trudno porównywać świątynie różnych wyznań, ale na pewno pod względem architektury ogromne wrażenie zrobił na nas kompleks Prambanan na Jawie. Jeśli chodzi zaś o atmosferę, to wskazałabym na świątynię zęba Buddy w Singapurze. To było pierwsze miejsce, w którym obserwowaliśmy modlitwy buddyjskie i bez dwóch zdań było to niezapomniane przeżycie.
Najfajniejsi ludzie
Mimo różnych przypadków, które nam się trafiały na Bali, Ufal bez wahania wskazał na sympatycznych mieszkańców Bali. Rzeczywiście uśmiechu i pogody ducha tam jest co nie miara. Mnie urzekli z kolei ludzie, których spotkaliśmy przy okazji wchodzenia na wulkan Rinjani na Lomboku i to zarówno tragarze, przewodnicy, jak i “nasi ludzie na dole”. Poniżej gospodyni, u której jedliśmy mistrzowski nasi goreng w Senaru.
Najsmaczniejsze jedzenie
Oczywiście Malezja tutaj wygrywa i nie ma dwóch zdań, ale trzeba przyznać, że mimo iż wyspami Gili nie byliśmy zachwyceni, to jednak dają tam najlepszą rybę, jaką jedliśmy. Duża ilość turystów powoduje pewnie częstsze połowy, a fakt, że goście przyjeżdżają tam na dłużej wymusza starania właścicieli knajpek. Ufal ocenił za to, że nic nie umywa się do malezyjskich chlebków roti canai w każdej postaci.
Ps. W najbliższych trzech wpisach zamieścimy kilka słów o praktycznych aspektach podróżowania po Indonezji, Malezji i Singapurze. A potem już wracają bieżące sprawy, m.in. najbliższy wyjazd na Litwę. W wolnych chwilach na spokojnie będziemy wracać do miejsc, które nas szczególnie urzekły w Azji. Oczekujcie więc na pocztówki azjatyckie.




Super! Kolejni zarazeni Azja :)
No właśnie ;-) choć do końca nie wierzyłam, że to nastąpi…
A ja chciałam zaraportowac wszystkim czytelnikom, ze nagroda konkursowa i kartka konkursowa są boskie! Kiedy następny konkurs? :)
Dobrze, że wszystko dotarło :-) Konkurs jakiś możemy zrobić, pomyślę!