Nie ma to jak na własne życzenie wymrozić sobie tyłek.
Wpadliśmy na genialny pomysł powitania Nowego Roku w miejscu, gdzie nie docierają nawet sanie góralskie. Dotarcie do chaty na pograniczu polsko-słowacko-czeskim zajmuje więcej niż lot do Stanów Zjednoczonych. Najpierw 9h samochodem, potem szukanie ostatniej polanki według współrzędnych GPS, przepakowanie bagaży i godzinę pieszo na szczyt. Po ciemku. Na miejscu -18 st.C na zewnątrz, -2 w domku (w najcieplejszym miejscu), zero ogrzewania i wody. Do tego zasypany śniegiem komin tworzący w domku wędzarnię po rozpaleniu kuchni węglowej. I trzy dni przed nami. Wspaniale!








Wcale mnie to nie dziwi.
Typowo w Waszym stylu.
Już nawet słowo UF(O)ale wskazuje na niecodzienne zjawiska, które muszą Wam towarzyszyć :)
Tomasz, to był wyjazd dedykowany Tobie :-) Byś zdradził choć raz tą itakę!