Leniwy poranek w gorącym San Pedro de Atacama upłynął na rozmowach o różnicach kulturowych pomiędzy ludźmi w Peru, Boliwii i Chile oraz na przekręcaniu prania, żeby szybciej wysychało.
Generalnie doszliśmy do wniosku, że Chilijczycy są bardziej rozrzutni, pewniejsi siebie i mniej gospodarni niż pozostałe nacje. W Boliwii za to jest dość smutno,ludzie zmęczeni, jakby przygnębieni swoim losem. Być może przez niestabilną sytuację polityczną brakuje uśmiechów i serdeczności. A może po prostu takich ludzi poznaliśmy. W Peru za to dużo spotkało nas otwartości i pogody ducha, tyle że patrzyli na nas jak na bankomaty… Ach, nigdzie nie jest idealnie. Ludzie są różni i tu i u nas. Ale tak myślę, że powinniśmy mimo innego standardu życia w Europie pozostawać skromnymi i serdecznymi dla innych. Tutaj nic się nie marnuje, zawsze ktoś może skorzystać z tego, czego Ty już nie potrzebujesz. Czasem warto poszukać kogoś, komu potrzebny jest jakiś sprzęt, który planujesz wyrzucić. To mi się bardzo podobało i to chciałabym utrzymać w moim życiu.
Po poważnych rozmowach rozeszliśmy się w dwie strony, bo każdy chciał zobaczyć coś innego. Ula z Leszkiem pojechali na rowerach w poszukiwaniu flamingów. My udaliśmy się do muzeum (bez rewelacji, najbardziej podobało nam się urządzenie do przyrządzania halucynogenów, do tego przed muzeum można było takie kupić na targu twórczości ludowej) i w poszukiwaniu basenów na pustyni. Do basenów (pozo 3) miało być 3 km z San Pedro. Było 5 i to na skróty. Mieliśmy w planach spędzenie tam całego dnia, więc opłacało nam się iść prawie 2 godziny przez nagrzaną, kamienistą pustynię.
Jednak po południowej stronie drogi 27 zauważyliśmy zgrupowanie ludzi i zboczyliśmy z trasy, żeby sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że to najprawdziwsze chilijskie rodeo z okazji święta niepodległości!!!!! Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, żeby na nie trafić! Niestety ludzie rozchodzili się z powodu 1,5h przerwy. Mieliśmy więc tyle czasu na kąpiel, a potem szybko na zawody :-)
Pozo 3 to nie tylko basen, ale jakby całe centrum piknikowe. Ludzie zjeżdżają tam samochodami, rozstawiają grilla, wieszają flagi i świętują. Woda w basenach zimna, ale ukoiła nagrzaną słońcem skórę. Było mi to potrzebne.
W trakcie drogi powrotnej walczyliśmy z tumanami kurzu, który unosił porywisty wiatr. Z plusów – szybko wyschły kostiumy kąpielowe.
Rodeo rewelacja! Jak na filmach o dzikim zachodzie :-) Kobiety, dzieci, wszyscy w kapeluszach z ogromnym rondem i wystrojeni w narodowe barwy. Piwo tańsze niż woda. Kowboje po dwóch próbują okiełznać/przewrócić byka. Do tego komentator, który wykrzykuje punkty – tres malo, un bueno… Pełen folklor. Do tego niesamowity kurz, wiatr i okrutne słońce, ale podobno to normalne. Jesteście w końcu na rodeo! Witamy w San Pedro! – tak przywitał nas amigo, który otwierał i zamykał bramę bykom. Pani stojąca obok szybko streściła nam reguły i już byliśmy swoi :-)
Trudno było stamtąd wyjść, ale akurat znów trafiliśmy na przerwę. W mieście zawitaliśmy jeszcze na festyn niepodległościowy, aby spróbować przysmaków z grilla i popić chichę domowej produkcji. Dobre, słodkie sfermentowane winko. Noc w autobusie nad wybrzeże. Żegnajcie kowboje!











