Noc w autokarze. Super wygodnie. Spodziewaliśmy się czegoś mniej przypominającego nowoczesny autokar. Spalibyśmy nawet całe 8 godzin, gdyby nie hostessa, która pojawiła się godzinę po ruszeniu. Elegancka, w garsonce i butach na obcasach budziła każdego, często wbrew woli i zmuszała do zjedzenia kanapki i wypicia kawy. W końcu opłacone. Trasa nieco trzęsąca, ale piękne widoki nad ranem trochę to zrekompensowały.
Na miejscu dużo łapaczy, ale bagaże całe. Przebiliśmy się przez tłum i ruszyliśmy szukać hostelu. Wybraliśmy fajne miejsce, sporo wytargowaliśmy. Ostatecznie wyszło 30 pesos za pokój 2-osobowy z ciepłą wodą. Luksus :-) Po wejściu na 3 piętro zabrakło nam tchu i zdaliśmy sobie jednak sprawę, że przebywamy w rejonie górskim i choroba wysokościowa jest bardzo możliwa.
Zeszliśmy na kawę – knajpę prowadzi właściciel hostelu, taka trochę nora. Kawa wydawała nam się droga (2 zł.), ale nie chciało nam się iść dalej. Po 15 minutach dostaliśmy po szklance gorącego tłustego mleka i jeden mały kubeczek esencji. Ale jednak pycha! Tak dobrej kawy nie piliśmy nigdy do tej pory! Świeże mleko, świeżo przyrządzona kawa – idealna po nocnej trzęsiawce.
Wyszliśmy na miasto. W Huaraz jest zupełnie inaczej niż w Limie – bezpiecznie, przyjaźni, uśmiechnięci ludzie, mało turystów. Zwiedziliśmy miasto, potargowaliśmy się o wycieczki (wszędzie mają to samo) i ruszyliśmy na mirador [hiszp. punkt widokowy]. Miało być 0,5h, wyszło 1,5h, ale nie dotarliśmy na miejsce :-) Na górze widoki przepiękne – na miasto i masywy górskie Cordillera Blanca i Negra. Patrząc na całość z góry Lechowi wydawało się, że miasto jest niewielkie w otoczeniu olbrzymich masywów, do tego stopnia, że założył się z nami, że Huaraz jest mniejsze niż Kobyłka. Liczymy na czekoladę :-) W drogę powrotną złapaliśmy taksówkę, ale jak zjechaliśmy na dół, to była dopiero 12 w południe, a nam waliły już głowy od choroby wysokościowej.
Ale nie poddawaliśmy się, zjedliśmy co nieco, pyszną zupę jakby jarzynową (taką ze wszystkim), wypiliśmy ciemne piwo i ruszyliśmy dalej. Byliśmy na tanim targu z pamiątkami. Same cuda! Chcieliśmy tam kupić wszystko – chyba nadamy jednak tą paczkę do Polski :-)
Kolacja była okropna – robaki w moim piciu, mięso 5-dniowe, sucha ryba, ryż odgrzewany ze 3 razy. Wygląda na to, że porażki też mamy :-) Ale za to kupiliśmy bilety do Cuzco (lot Lima-Cuzco) i na pociąg. Internet działa tak, że zajęło nam 2 godziny sprawdzenie poczty. O 21:00 już spaliśmy.
Dopisek: Trzeba było się z Lehem założyć o więcej czekolad. Huaraz jest 18 razy większe od Kobyłki pod względem powierzchni i 5 razy pod względem liczby mieszkańców.









Wspomnienia odżyły… Świetny opis.
Nasz pierwszy kontakt z chorobą wysokościową także miał miejsce w Huaraz, zaraz po przyjeździe autobusem z Limy.
Potem zmagaliśmy się z nią z przerwami przez 2 miesiące w Peru i Boliwii, a kilka miesięcy później w Tybecie.
Nasze doświadczenia opisaliśmy w artykule: http://pasjaswiata.pl/choroba-wysokosciowa-nasze-doswiadczenia-w-andach-i-himalajach/