Am.Pd. – Santiago de Chile

Cały dzień spędziliśmy w Santiago. Byliśmy tu wcześniej przejazdem i miasto nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia. Tym razem było podobnie. Niebo nad stolicą prawie zawsze pokryte jest grubą warstwą białych chmur (smog), także piękne położenie miasta (między górami) jest zupełnie niewidoczne. Do tego ta brudna i śmierdząca rzeka Mapocho. Nic dziwnego, że jedną z jej odnóg zasypali – nigdy nie widziałam tak śmierdzącej, mętnej i pełnej śmieci rzeki!

Nie można jednak odmówić miastu miejsc z klimatem jak dzielnica artystyczna Bellavista, Cerro de Lucia czy Plaza de Armes z powolnymi rozgrywkami szachowymi.

W związku z jutrzejszym wyjazdem wieczorem urządziliśmy wielkie pakowanie. Nasze lekkie plecaczki zamieniły się w wielkie wypchane wory z wszelkie maści pamiątkami i rękodziełem, a także z rocznym zapasem yerba mate i chilijskich win. Po godzinie upychania wszystkiego zastanawiałam się czy przejdziemy przez limit bagażowy.

Ech, niestety pora wracać… Ogólnie mamy takie  odczucie, że w Chile jest trochę nudno i można by stąd już wyjechać, ale nie do domu :-) Na przykład do Boliwii albo dalej na północ. Ach, ciężko będzie się pozbierać po powrocie. Trochę rozmawialiśmy o kolejnych wyjazdach. Nie dziwię się, że jak ktoś zasmakuje takich długich podróży, to potem odlicza dni do następnego wyjazdu :-) Na naszą następną podróż już zbieramy kasę (z wstępnych rozrachunków trochę zostanie po powrocie) i generalnie jedziemy dalej!