Am.Pd. – czasem też pada

Zakończyliśmy wreszcie długi weekend w Chile i ruszyliśmy do Santiago, żeby tam złapać autobus do Pucón, a jak nie będzie, to do Valparaiso. Po tych paru dniach paraliżu komunikacyjnego nauczyliśmy się elastycznie podchodzić do trasy naszej podróży :-)

Po 6 godzinach jazdy przenieśliśmy się z wiosennej i ciepłej La Sereny do jesiennego Santiago. Mgła, deszcz, 8 stopni… i sześć godzin oczekiwania na kolejny autobus przed nami. Trochę ciekawi i z nadzieją na poprawę pogody, ruszyliśmy w miasto. Już przed terminalem autobusowym rozdzieliliśmy się z Ulą i Leszkiem, bo oni chcieli iść w lewo, a my w prawo :-)

My zdecydowaliśmy się pojechać metrem do centrum i wysiąść na roku trzech najciekawszych wg przewodnika dzielnic: Providencia (finansowej), Bella Vista (artystycznej) i Centrum, a następnie wrócić pieszo mocno okrężną drogą przez barrio Brasil. Spacer bardzo przyjemny (poza deszczem i śmierdzącą rzeką Mapocho), ale też zaskakujący – w międzyczasie wydawało nam się, ze jesteśmy raz w Wiedniu, a innym razem w Nowym Jorku albo Arequipie. Bliże dworca, to już raczej  jak w Limie… W trakcie spaceru poszukiwaliśmy także bezskutecznie nowej płyty Pearl Jamu (fani są wśród nas), a także zatrzymaliśmy się na dłużej poobserwować rozgrywki szachowe w plenerze. Ech, gdyby nie ten deszcz…