Am.Pd. – Pustynia Atacama

Autobus rzeczywiście świetny, przespaliśmy całą noc. No może poza kontrolą bagaży o 4 nad ranem. W San Pedro (jedynej oazie na pustyni Atacama) nastawiliśmy się na ceny sufitowe i rzeczywiście tak było. Ostatecznie (po dłuuuugim spacerze po mieście i podwózce jeepem) wynegocjowaliśmy nocleg po 11$ za osobę w dwójce i trójce. Hostel drogi, ale za to ma wszystko, czego człowiekowi do życia potrzeba – kuchnię, wykafelkowaną łazienkę, internet, a nawet ognisko w jadalni :-) Bardzo przyjemne miejsce. Zamieszkała z nami babeczka z Hong-Hongu – ciężko pracująca pielęgniarka, która przez półtora miesiąca w roku staje się obieżyświatką. W Polsce była dwukrotnie w latach 90-tych i ponownie pięć lat temu. Mówiła o kolosalnych zmianach!

Dziś, jak zwykle po przyjeździe w nowe miejsce, dzień negocjacji. Wynajęliśmy jeepa do Boliwii w dobrej cenie, a dodatkowo skusiliśmy się dziś wybrać na podziwianie uroków Valle de la Luna (Doliny Księżycowej). Oprócz tego okazało się, że ze względu na święto niepodległości  w dniach 18-20 września, Chile jest sparaliżowane komunikacyjnie (pierwszy wiosenny długi weekend). Dlatego złapaliśmy ostatnie bilety do La Sereny, żeby spędzić czas nad oceanem, a nie na  i tak już drogiej pustyni. Ale widać już teraz, że bilety wyprzedane na wszystko co się da, wszędzie flagi, dekoracje, kotyliony, chicha leje się strumieniami…. A jeszcze tydzień do właściwej imprezy :-)

Po południu trafiliśmy na menu del día con mariscos (owoce morza), ale okazały się górą wszystkiego, co można w morzy znaleźć, nie tylko mięsa… :-) Dlatego na wieczór nastawiliśmy się na gotowanie spaghetti :-)

Ale już teraz o Dolinie Księżycowej. Krajobraz rzeczywiście nie z tej ziemi, ziemia błyszczy od soli, chrupie, jak się po niej stąpa. Wszędzie ogromne przestrzenie pustyni Atacama i gdzieniegdzie wyrastające skały, wydmy, meandry, nawet amfiteatr.  Ogólnie super, choć sam zachód słońca tłoczny i przereklamowany.