Am.Pd. – La Serena

Z dworca w La Serenie jest dość daleko do centrum, a co mówić do portu. Ale po nocy w autobusie nie chciało nam się daleko chodzić i pukaliśmy do hosteli na uboczu, żeby już zrzucić te plecaki. No i w tym czasie (sobota 7 rano) przejeżdżała tamtędy señora Gladys, która prowadzi hostel w samym centrum miasta. Zaproponowała podwózkę i obejrzenie pokoi. Zgodziliśmy się choćby ze względu na podwózkę :-) Na miejscu hostel okazał się świetny, chyba najlepszy z dotychczasowych – tani, komfortowy i z pełnym wyposażeniem kuchni. Zgodziliśmy się po zaskakująco krótkich negocjacjach. Podejrzewamy, że señora Gladys wynajmuje go dużo drożej, ale trudno znaleźć kogoś, kto się nigdzie do tej pory nie zaczepił na długi weekend.

Z bliskiej odległości od centrum skorzystaliśmy od razu wybierając się spacer po eleganckim, wykostkowanym centrum z budynkami w stylu kolonialnym. Dotarliśmy na jarmark niepodległościowy. Tam daliśmy się wciągnąć w zagadki logiczne jednego z Chilijczyków. Przyczepił Pawłowi do koszuli ojal (patyk z pętelką) i wspólnymi siłami próbowaliśmy znaleźć rozwiązanie na jego usunięcie. Ostatecznie Ufal został przez Pana uwolniony (niestety nikt nie zauważył, w jaki sposób), ale tak nam się spodobało, że kupiliśmy sobie wszyscy :-) Tylko Paweł już nie chciał :-)


Wieczorem przyrządziliśmy spaghetti (wygląda na to, że to podstawowe dane obiadowe, jeśli gotujemy sami) i pośmialiśmy się z płyt z muzyką, które przywieźliśmy z Peru i Boliwii. W Peru wybraliśmy disco peruano obecne w każdej taksówce i autobusie. Z Boliwii – rock progresywny.

Na deser trochę lenia – wieczór przed telewizorem :-)