Am.Pd. – na Chiloe

Leniwy dzień. Spaliśmy do 9 (luksus), a potem ruszyliśmy do Chonchi. To niby 3-piętrowe miasto, ale nie znaleźliśmy tam żadnych pięter, w ogóle nie znaleźliśmy zupełnie nic.

W związku z tym zawróciliśmy do Ancud, gdzie ruszyliśmy na poszukiwania stworów z Chiloe (szczególnie bogini mórz Pincoyi i strażnika jaskiń Invunche). Przeszliśmy się także nabrzeżem, pozaglądaliśmy do drewnianych okienek, spotkaliśmy najaraną młodzież (to domena każdej mieściny na wyspie). Bez szaleństw, ale bardzo przyjemnie.

Wieczorem nie chciało nam się gotować i postanowiliśmy zastukać do maleńkiej knajpki obok naszej chałupki. Weszliśmy jak już zamykali, ale jak wiadomo uśmiech otwiera wszystkie drzwi. Dostaliśmy się od kuchni i zaproponowano nam to, co zostało – kurczaka z frytkami i empanadę. Planowaliśmy rybę, ale cóż. Jak ktoś za nas ugotował, to nie ma co wybrzydzać :-) Ogólnie smaczne domowe jedzonko, ale dużo przyjemniejsza była atmosfera, bowiem po kilku minutach dosiadł się do nas gospodarz pod pretekstem porozmawiania o swoim domowym winie. Za chwilę przyszła gospodyni i też jak gdyby nigdy nic dołączyła się z czterema porcjami.  I tak siedzieliśmy sobie we czwórkę dojadaliśmy to, co zostało po całym dniu. Rozmawialiśmy o papieżu Janie Pawle II (gospodarz był delegatem z Chiloe, gdy papież wizytował w Chile kilka lat temu), żaliliśmy się na deszcz na Chiloe (pani twierdziła, ze pada ponad 320 dni w roku!) i trudnościach w zrozumieniu hiszpańskiego z wysp (bardzo szeleszczą). Jutro pani zaprosiła nas na salmona. Idziemy :-)