Am.Pd. – pierwsze wrażenia z Chiloé

Od rana w autokarze. Jedziemy na wyspę Chiloé – poznać legendy i mity Chile. Jedziemy cały dzień – najpierw do Puerto Montt, potem promem do Ancud, dalej do Castro.

Trasy autokarowe coraz bardziej nam się dłużą – ile można czytać o historii Chile czy atrakcjach kulinarnych na Chiloé? Ufal skończył „Putina”, więc teraz Leszek go przechwycił. Ula czyta „Pałkiewicza” po nas, ja zaczęłam przegląd płyt na mp3 dopóki wystarczy baterii w komórce. Trochę jeszcze przeżywamy wczorajszy wulkan.

Do Castro (stolicy wyspy) docieramy późnym popołudniem, ale skoro jest jeszcze widno, idziemy  zobaczyć tradycyjne domy na palach (palafitos). W trakcie odpływu stoją w środku mielizny, jakby czekały na powódź.


Miasteczko ma bardzo dużo uroku, domki drewniane, kryte gontem, niektóre pokryte kolorową blachą falistą. Domy w stylu rodziny Adamsów i kościół wyglądający jak kartonowy model. Zresztą kościół w środku jest piękny, cały pokryty drewnem z prostymi i szczerymi modlitwami na ścianie i wystrojonymi madonnami. Bardzo przyjemne miejsce, takie prawdziwe z prawdziwą wiarą.

Na razie problem z Chiloé jest jeden – pada częściej niż raz na godzinę i wieczorem jest przeraźliwie zimno. Nie pomaga nawet kominek. Póki co dogrzewamy się gorącym winem. Zobaczymy rano, komu palce odmroziło…