Banja Luka w (śnieżnej) pigułce

Banja Luki, dawniej miasto uzdrowiskowe i kierunek sanatoryjnych wyjazdów, teraz stara się skleić to, co poniszczyły wojny, grabieże, a na dodatek jeszcze trzęsienie ziemi. Czy zostało wystarczająco dużo, żeby się tam wybrać?

Pomysł na wyjazd do Banja Luki był dosyć spontaniczny i zrodził się na dworcu autobusowym po przeanalizowaniu interesujących mnie i dostępnych (część tras zamknięto ze względu na śnieżycę) kierunków. Odpowiednio wcześnie wyjeżdżając z Zagrzebia, można być na miejscu przed południem. Tam skorzystać z kilku godzin do zmroku, a następnie wrócić do Chorwacji. To mnie przekonało. Po fakcie okazało się, że operacja nie była tak prosta…

Zaczęło się od tego, że po kupieniu biletu udałam się na peron i czekałam na zapowiedziany autokar. Po chwili zorientowałam się jednak, że na miejscu autokaru stoi obecnie coś, co go w ogóle nie przypomina, a zbliżająca godzina odjazdu zasiała we mnie ziarno niepewności czy ja oby nie jadę tym gratem? Tak, pan z grata na bośniackich numerach pomachał do mnie radośnie i zaprosił do środka. Biletów nie sprawdzał, co nieco mnie zaniepokoiło, ale w sumie bardziej zajęłam się liczeniem miejsc, których okazało się, że nie jest 40, a 12. Hm… może po prostu poza sezonem tak dużo osób nie jeździ? Po załadowaniu worów, toreb i walizek, nieco przyciśnięci do ziemi ruszyliśmy. W tym momencie rozjaśniła mi sie kwestia rozmiaru pojazdu – zdałam sobie sprawę, że resory zwykłego 40-osobowego autobusu nie wytrzymały by pod naporem takiej ilości bagaży. Teraz się nie dziwię, że za każdą torbę płaci się tu dodatkowo.

Na wiele rzeczy w gracie można narzekać, ale na pewno nie na ogrzewanie – jest cieplutko i to cudowna odmiana po mroźnym poranku spędzonym w tramwaju. Po pół godzinie okazuje się, że to początek koszmaru – wszystkie szyby są zaparowane, a ogrzewania w żaden sposób nie da się przykręcić. Jest tak gorąco, że przykładam policzek do szyby, żeby się schłodzić. Wszyscy jadą bez butów… Niestety ogrzewanie jest zepsute, ale kierowca żartuje, że lepiej jak jest zepsute w zimie niż w lato… Na szczęście robimy krótkie przerwy, które dają efekt podobny do sauny – piekarnik, potem chwila przerwy na mrozie i znów piekarnik. Wybawieniem okazuje się być dotarcie do przejścia granicznego, na którym strażnik chce nas wszystkich widzieć osobiście.

Po dokonanej kontroli wszystkie paszporty przekazuje jednemu z pasażerów (Bośniakowi). Wtedy to okazuje się, że to nie jest zwykły pasażer, tylko pasażer, który musiał być przed emeryturą co najmniej kierownikiem zmianowym. Zamiast wziąć swój paszport i przekazać dalej powoli ogląda pierwszy z nich, otwiera na stronie ze zdjęciem, chwali Chorwatkę za fotogeniczność i zwracając się do niej po imieniu oddaje paszport. Potem bierze kolejny, zdumiewa się ilością odwiedzonych krajów przez jednego Bośniaka, ogląda starannie pieczątki, zadaje kilka pytań, których nie rozumiem… Przy moim paszporcie zatrzymuje się najdłużej, bo jest najbardziej egzotyczny. Wtedy zaczyna przypominać sobie zdania/słowa, które potrafił kiedyś powiedzieć po polsku. Prowadzimy całkiem miłą konwersację, kiedy ktoś z tyłu nie wytrzymuje. Co to ma być, oddawaj paszport! Po temperamentnej wymianie zdań, pan kontynuuje swój rytuał.

W takiej kawiarnianej atmosferze ląduję na dworcu w Banja Luce i doznaję szoku, bo zamiast w uzdrowisku czuję się jak w hangar na zepsute samoloty. Dodatkowo dowiaduję się, że ze względu na intensywne opady śniegu, mój autobus powrotny nie dojedzie i muszę wracać tym samym gratem, którym przyjechałam.

IMGP4913

Od razu zagadują mnie jednak Bośniacy z autobusu i podpowiadają jak dostać się do centrum. Wyjmuję z bankomatu pieniądze przypominające żetony do telefonu i ruszam mając nadzieję, że może jeszcze spotkać mnie dziś coś miłego. Na całe szczęście od razu ląduję przed piękną neobizantyjską cerkwią Chrystusa Zbawiciela. To katedra serbskiego kościoła prawosławnego, jedna z niewielu budowli, które przerwały trzęsienie ziemi w 1969r i zawieruchę wojenną. Wygląda tak wyjątkowo, że robię jej prawie 50 zdjęć! Niestety w środku już tak imponująca nie jest.

IMGP4754

IMGP4701-2

IMGP4704-2

IMGP4760-2

Kolejne godziny wypełniają mi spacery po mieście przerywane ogrzewaniem się w kawiarniach i knajpkach. Dostałam bowiem od znajomych Chorwatek przykaz spróbowania tutejszej kawy i lokalnych przysmaków (szczegóły w zagadce poniżej). Ku mojemu zdziwieniu, mimo że jest bardzo zimno i śnieg sypie po twarzy, na ulicach widać mnóstwo ludzi. Starsze pary idąc pod rękę zaglądają do witryn sklepowych, rodzice z dziećmi spacerują po parkach (tzn. rodzice spacerują a dzieci szaleją na śniegu), ktoś sprzedaje coś na ulicy, zagaduje… Zupełnie jak w sezonie. Turystów jednak nie widać, jak wyciągam aparat zbieram wzrok przechodniów, ale jest ich zbyt dużo, aby zagadać.

IMGP4803

IMGP4767-2

IMGP4793-2

IMGP4853-3

Siedząc przy ostatniej kawie poznaję jednak właściciela kawiarni. W tle leci muzyka jak z ostatnich minut wesela, a on zastanawia się, po co ja tu właściwie przyjechałam i czemu akurat w zimę. Bo w sumie widzi sens wybrania się tu latem – w twierdzy nad rzeką Vrbas odbywają się słynne na całe Bałkany koncerty rockowe, działa też wiele sezonowych kawiarenek na nabrzeżu, w parkach można pograć w gry planszowe. W sumie pomaga mi wyrobić sobie opinię o tym mieście i namawia mnie nawet do powrotu. Bo Banja Luka to takie miasto bez ciśnienia, że trzeba koniecznie coś zwiedzić, zaliczyć. W Banja Luce jest po prostu przyjemnie pobyć i z tego powodu warto się tu wybrać.

Powrotna droga w gracie zwanym minibusem oczywiście wygląda podobnie, poznaję jednak Bosniaczkę z Zagrzebia, która w 1991 roku (jak większość mieszkańców Banja Luki) uciekła z miasta. Rozmawiamy po angielsku, więc może mi spokojnie opowiedzieć o losach miasta i mieszkańcach, o tym jak sama chętnie tu wraca, ale nigdy nie udało jej się na to namówić rodziców. Jak stwierdza “nadal słyszą strzały”. To kolejny raz, kiedy zdaję sobie sprawę, jak bardzo rozpad Jugosławii jest tutaj żywym tematem. O perspektywie chorwackiej opowiem Wam jednak w dalszych wpisach, a o serbskiej, mam nadzieję w maju.

 

A na koniec obiecana zagadka:

Jak się nazywa ta oto potrawa popularna w wielu krajach bałkańskich, a pochodząca z Bośni i Hercegowiny?
Chodzi o pełną nazwę dania, razem z tym intrygującym dodatkiem w kształcie półkuli :-) Na zwycięzcę czeka bałkańska pocztówka i dodatkowo tradycyjna chorwacka czekolada kupiona przeze mnie właśnie na festiwalu czekolady.

IMGP4836-3