Am.Pd. – Boliwia jest cudowna!

Nasz wyjazd z fajnego zrobił się dziś zajebisty! Takich widoków, takich wrażeń przyrodniczych nie doznałam nigdy wcześniej! To najpiękniejsze miejsce w jakim byliśmy!

Ale od początku. Na najbliższe dni wybraliśmy się do Boliwii. Rano, nie bez przeszkód, przekroczyliśmy granicę na przejściu położonym w górach. Tam spotkaliśmy się z Rubenem – naszym kierowcą („z serca Boliwijczykiem, z Potosi”) i  podróżującym samotnie Michelem z Belgii, który mógłby być naszym wujkiem. Przy totalnym zimnie i ogromnym wietrze spakowaliśmy jeepa obwijając dwukrotnie bagaże folią. Nie wiedziałam, ze boliwijska pustynia jest tak totalnie zimna! Przewiało nas już w ciągu pierwszego kwadransa.

Najpierw zatrzymaliśmy się nad Laguna Blanca. To przepiękne, lśniące bielą jezioro o tej porze roku jest częściowo pokryte lodem. Wiatr nad jeziorem wieje zawsze w tą samą stronę, dlatego laguna także wędruje po brzegu. I wówczas można zobaczyć niezwykłe zjawisko przemieszczających się po brzegu fragmentów lodu! Super! To tam załapaliśmy, że w ciągu najbliższych kilku dni czeka nas coś niesamowitego.

Następna – Laguna Verde – też mi się podobała, ze względu na intensywny turkusowy kolor, który odznaczał się od jasnego piaszczystego brzegu. I do tego ten wulkan w tle!

Mieliśmy też okazję zażyć kąpieli w gorących źródłach, ale przeraźliwe zimno i brak jakiegokolwiek miejsca na bezwietrzne przebranie się, skutecznie mnie odstraszyło. W zasadzie w ciągu dnia nie ma nawet chwili, kiedy można obniżyć czujność. Co chwilę widok za oknem jeepa odbiera mogę, a niesamowite zjawiska przyrodnicze czynią wyjazd zupełnie nieprawdopodobnym! Mam na myśli błotną strefę wulkaniczną, gdzie z małych i dużych kraterów tryskało błoto, czasem nawet do wysokości dwóch metrów wzwyż! Co za widok! Gdzie się nie obejrzysz, wszędzie coś bulgocze, wystrzela, wszędzie dymi okrutnie i śmierdzi siarką. Gdyby nie ten smród, mogłabym podziwiać to widowisko przez tydzień bez przerwy!

Laguna Colorada to ostatnia, jaką dziś widzieliśmy. Mieni się kolorami od blado różowego do czerwonego, a do tego na brzegu spacerują stada flamingów. Jezioro wygląda, jakby zafarbowało od nich :-) Bardzo fajne wrażenia.

Na trasie Villa Mar zdążyliśmy jeszcze złapać gumę w jeepie. Na szczęście był zapas, ale godzina niewyjęta. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. W takim miejscu można spędzać czas choćby tylko patrząc przed siebie :-)

Wioska Villa Mar, pierwsza i ostatnia mieścina (to może trochę za duże słowo) widziana dziś, przywitała nas pięknym zachodem słońca, a potem taką totalną ciemnością, że trudno było trafić z powrotem do naszej chałupy. Prądu brak.

ps. Przy kolacji zabawna rzecz. Żegnaliśmy się wieczorem z Michelem i chcąc go nauczyć polskiego powiedzieliśmy na głos Dobranoc. Na co na końcu sali odzywa się głos Czy ktosz tu mówi po polszku?. Okazało się, że to belgo-francuz Max, który pracuje od 3 lat w Warszawie, a jego firma ma siedzibę vis a vis Pawła wydziału :-) Przyjechali z kolegami wspiąć się na jeden z wulkanów :-)