Am.Pd. – powroty, czyli gdzie są palmy?

Po umownej nocy w samolocie (w związku ze zmianą czasu „zgubiliśmy” 6h) przylecieliśmy rano wymięci na lotnisko w Paryżu. A tam zimno, leje deszcz, nie ma żadnej palmy i francuski zamiast hiszpańskiego! O rety, gdzie my jesteśmy? Dobrze, że mam czapkę z Peru!

Ach, będziemy bardzo miło wspominać ten wyjazd. Mimo różnych drobnych problemów, nieprzespanych nocy, czasem monotonnego jedzenia (ryż+ziemniaki+bułka) i tak było to niezapomniane 6 tygodni pełne wrażeń, zachwyceń, totalnych zdziwień, pięknych widoków, cudów przyrody, uśmiechniętych ludzi, tanich i cudownie słodkich owoców, kaleczonego hiszpańskiego i niezapomnianych tanecznych rytmów. Ach… już chce się wracać.