Am.Pd. – ukartowane opóźnienie

Rano,w towarzystwie drugiego jeepa i więziennego busa z wiozącego grupę chilijskich staruszek ruszyliśmy w stronę granicy Boliwii z Chile. Ze względu na nublado musieliśmy wybrać okrężną drogę przez Calamę, ale z obietnicą, że dotrzemy wg planu. W rezultacie złapaliśmy 6 godzin opóźnienia! Jednak o kolejnych przesunięciach dowiadywaliśmy się stopniowo.

Najpierw, po kilku godzinach jazdy, stanęliśmy na godzinę na granicy w Ollague. Tam zastała nas owa 13:00, a ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy kanapki i colę! Przyjęliśmy je nieufnie, bo to gwarantowało jakieś kolejne opóźnienia. Po przejściu granicy poproszono nas o przejście z jeepów do autobusu i wtedy okazało się, że plan był ukartowany wcześniej. Biuro, u którego kupiliśmy przejazdy, od razu nie chciało nas wieźć przez pustynię, bo jeepy są droższe niż przejazdy 20-osobowym autobusem po asfaltowej drodze. Dlatego wszyscy przesiedliśmy się do większego autobusu – 10 babć, które nic nie wiedziały o przekręcie, nasza piątka i ludzie z jeszcze jednego jeepa. I w takim składzie czekało nas według zapowiedzi kolejne 4 godziny jazdy.

Po drodze okazało się, że babcie są na wycieczce z przewodnikiem i z programem zwiedzania, także zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy, w tym obejrzeć najstarszy kościół w Chile (we wsi Chiuchiu), podziwiać wulkany, kilka razy na siku…

W Calamie, najbrzydszym mieście w Chile, znów poszła plotka o zlej pogodzie i znów na udobruchanie dostaliśmy racje żywnościowe. Im bardziej my byliśmy wściekli, tym bardziej grupa chilijska była zachwycona!

Do San Pedro dotarliśmy o 19:00 i na niebie nie było ŻADNEJ chmurki. Trudno je sobie zresztą wyobrazić na najbardziej suchej pustyni świata…

Ale nawet takie niedogodności nie są w stanie zamazać tych wspaniałych wrażeń z Boliwii!